2008-12-29

Widmo ciągłe - Spektrum

...czyli szalik okiem inżyniera :-)))
...dvs. en halsduk till en ingenjör :-)))
Na życzenie Edi i Brahdelt wklejam projekt rozpiskowy. Jak widać rozliczone co do pół centymetra :-)
Några personer undrade hur Johan gjorde projektet. Så såg det ut på pappret.
***


Szalik zrobiony, ale potem trzeba było powciągać nitki. Dwie godziny mi to zajęło i dlatego kolory na zdjęciach się różnią (jest słońce, nie ma słońca). Tak, wiem, że to lewa strona, której i tak nie widać, ale na pozostawienie takich dyndajowych chachmętów nie pozwoliła mi Wewnętrzna Kontrola Jakości. Następnie szalik został wrzucony na 20 minut do zimnej wody - chodzi o to, żeby włókna przesiąkły porządnie wodą. Uprałam ręcznie, odwirowałam, uzbroiłam się w szpile i benedyktyńską cierpliwość i zabrałam się do blokowania. Na co nadciągnął Johan, który tym razem nie zraził się ostrzegawczym spojrzeniem (cholera, tracę Moc...). Oczywiście udzielił mi Dobrej Rady: a gdyby tak nadziać ten szalik na listwy, które zostały sobie po remoncie i rozpiąć w ten sposób??? A szerokość listew i szalika zabiezpieczyć płytami kompaktowymi? Na ten przykład tak:
Sedan behövde jag dra in alla trådar och detta tog mig ca två timmar. Ljuset varierade starkt under tiden och därför skiljs färgerna lite på dessa två bilder. Efter att alla trådar fästs tvättade jag halsduken: jag la den ner i kallt vatten i ca 20 minuter, tvättade för hand och beväpnad i massor med synålar och mycket tålamod skulle jag ta itu och blocka den. Då kom Johan, låtsades att han inte såg min varningsblick och sa att han hade en idé: vi kunde ju blocka halsduken på några lister som fanns kvar efter renoveringen. Listerna skulle träs igenom halsduken och spännas upp på bredden med några CD-skivor. Så här:



Proszę państwa, to działa. Ja jeszcze nigdy nie miałam tak równego szalika :-)))
Japp, det funkar. Jag har aldrig haft en så pass fin, slät och jämn halsduk!
***

A tu całość. Długi na 1,90 metra, szerokość 19 cm na plaskato. Pisałam, ale przypomnę - Alpaka Dropsa, na okrągło, na pięciu drutach. Kompletnie nie kłuje, bardzo ciepły. Wady? Jedna, ale poważna: nie wolno mi go sobie pożyczyć :-)
Detta är hela halsduken – 1,90 meter lång, 19 cm bred på en sida. Jag har redan skrivit detta men skriver en gång till för säkerhets skull: stickad runt av Drops Alpacka, på stickor nummer 3. Garnet är inte stickigt ett dugg, det är mysigt och varmt. Om halsduken har några nackdelar? Ja, jag får inte låna den!
***
Cieszę się, że kartki się spodobały. Dziękuję :-)
Ania: moja silna wola jest bardzo słaba. Przecież wiadomo, że trzeba najpierw sprawdzić, czy galaretki się w ogóle nadają do jedzenia, a potem czy skruszały, a potem stwierdzić, że taki mały kawałek to głupio wygląda między tymi innymi... i tak dalej :-)))
Opakowana: Tak, różnice kulturowe to czasami niezła rozrywka :-) Szwedzkie główne danie wigilijne to szynka, a poza tym kiełbaski i na dodatek klopsiki. Więc o ile Jasiek barszcz uwielbia, to i tak w polskie wigilie cierpi wielce z powodu braku ukochanych klopsików :-) Galaretki: melatyna to jakaś roślinna żelatyna. Opakowanie wyrzucone, więc dokładnego składu nie podam. Podejrzewam, że bez problemu coś w tym stylu można kupić w sklepach z żywnością dla wegetarian. Co do lepienia się: trzeba je obtoczyć w cukrze i zostawić grzecznie na jakiś czas. Jeżeli dociągną do tego jakiegoś czasu, to się nie lepią :-))) Nie, Johan musztardy nie robi i wolę mu tego pomysłu nie podsuwać :-)
Brahdelt: przepis przetłumaczę i podeślę :-)
Gunilla: Det är kul att känna någon bloggare personligen. Det är ju en helt annorlunda känsla än att veta att man antagligen inte kommer att träffa dem vars bloggar man läser... Trevligt att du också tittar in här då och då :-)
Myszoptica: dziwadło jestem, wiem, ale ja naprawdę czuję różnicę w smaku np. leśnych malin i domowych... o wartościach odżywczych nie wspominając... A skoro i tak lubię łazić po krzakach i wertepach, to równie dobrze mogę w tych krzakach utknąć i coś przy okazji pozbierać :-) Odkrycie tej jesieni to krzaczory rokitnika; za późno je przyuważyłam, ale w przyszłym roku nadrobię - podobno dżem super z tego wychodzi.

2008-12-24

Wesołych Świąt! - God Jul!



Wszystkim Komentatorom, Czytaczom i Podglądaczom...
Wesołych Świąt i Dobrego Nowego Roku!

***
Till alla som kommenterar, läser och tjuvtittar... :-)
God Jul och ett riktigt Gott Nytt År!

2008-12-20

Bożonarodzeniowo - Juligt

Z kartkami to było tak: przed moim pierwszym szwedzkim Bożym Narodzeniem bardzo chciałam wysłać kartki świąteczne. Poszłam do księgarnio-papierniczego no i się niestety zdziwiłam. Kartki były, ale z koziołkami, gęsiami, plecionymi serduszkami, tudzież trolami w mikołajowych czapeczkach. Czyli symbolika wybitnie nie przemawiająca w naszej kulturze. A jak już było coś, co by się ewentualnie dało podciągnąć pod polskie święta, to w środku kartki były wymalowane dużymi literami życzenia. Co prawda dobrze życzyli, ale po szwedzku. Wzięłam i się wkurzyłam. Poszłam do domu; jakbym paliła papierosy, to bym pewnie zapaliła, ale ponieważ nie palę, więc tylko siadłam i zaczęłam myśleć. No i wymyśliłam: ni ma rady, kartki trzeba zrobić samemu. Od tamtej pory kartkuję bożonarodzeniowo i na sklepy się nie oglądam.
Inför min första jul i Sverige tänkte jag skicka lite kort till familjen som är kvar i Polen. Jag blev riktigt förvånad när jag upptäckte att det var svårt att hitta kort som skulle fungera utanför Sverige: antingen var symboliken på bilderna genomsvensk och skulle förmodligen inte tilltala någon men en annan bakgrund eller hade de svensk text inuti… Naja, då är har man bara ett val: göra sina julkort själv. Korten blev riktigt lyckade och sedan dess är det en tradition att Johan och jag skickar hemmagjorda julkort till både min och hans familj.


Kartki tegoroczne już wygląda na to, że doszły :-) więc nie psuję niespodzianki pokazując dizajn. Niektóre jeszcze niewykończone, ale widać zamysł.

Dessa är årets kort. Vissa är inte helt klara än men man ser tanken. De har redan kommit fram så jag förstör inte överraskningen :-)

Po czym ten dizajn trzeba było wsadzić w koperty. Poszłam do księgarnio-papierniczego i tu zdziwienie po raz kolejny. Sobie artystycznie wymyśliłam, na moje kartki kopert nie było, standardowe kwadratowe były dużo za duże... Czyli koperty trzeba w takim razie też zrobić samemu. I zakleić lakiem :-)
Sedan var det dags att köpa kuvert. Gissa hur förvånad jag blev när de färdiga kuverten i pappershandeln var alldeles för stora… Jag blev gråtfärdig att jag skulle behöva göra om alla kort men Johan kom på idén att göra egna kuvert. Och försegla dem med lacksigillen :-)
***


Szwedzkie tradycje bożonarodzeniowe obejmują robienie (i niezjadanie aż do świąt) drobnych słodyczy w ilościach hurtowych. Johan w związku w tym rozpoczął produkcje dóbr wszelakich: galaratki z melatyną, soku z wiśni dziczek, nazbieranych TEMI RENCAMI latem za miedzą u zaprzyjaźnionego Chłopa Wielorolnego (który na widok mnie z koszykiem w ręce rechocze). Prawdziwy soczysty, słoneczny smak wiśni... Nierówności w galaretkach spowodowane nierównościami folii aluminiowej, na której to folii trzeba było galaretki wystudzić. Oczywiście bezwzględny zakaz jedzenia póki co...
Julgodis! I somras plockade jag massor med körsbär från ett halvvilt träd som växer bredvid en skogsväg vid stugan i Småland. Bortglömt av alla förutom ekorrar och mig :-) Bären gjorde vi en solig, smakrik saft av. Nu tog Johan saften, blandade med melatin och hällde ut på en plåt för att massan skulle stelna. Sen återstod det bara att skära ut små hjärtan och rulla dem i socker. Och låta bli att äta…

A tu pierniki, według rodzinnego przepisu. Johan dziarsko wycinał swoje ulubione świnki, po czym nagle oznajmił: "Ojej, a może ja powinienem był kupić foremki o kształcie ryb!". Popatrzyłam na niego dużymi oczami; no cóż, oryginalnie by było bez wątpienia, ale skąd mu to do głowy przyszło? "Przecież wy nie możecie jeść mięsa w Wigilię!".
Pepparkakor. Johans favorit – grisar. Johan skar ut kakorna från degen och meddelade glatt: "Kanske skulle jag ha en fiskform istället". Det vore originellt, men – varför? "Ja, ni äter ju inte kött på julafton!" – fick jag svaret (helt rätt - polska katoliker äter faktiskt inte kött på julafton, däremot går det bra med fisk :-)
***
Anavilma: Kaloria to moje drugie imię :-)))
Myszoptica: dzięcioł to mi przylatywał na balkon. Siadał na doniczce z bluszczem, po czem z energią iście atomową grzebał w ziemi; radośnie rozbryzgując ową ziemię po oknach i innych podłogach :-)
Edi: Hmmm... to nie mógł być stan wojenny, bo na pamiętanie stanu byłam dużo za mała. Ale to, co pamiętam z późniejszych strajków wystarczy mi w zupełności...

2008-12-14

Nothing sweet about me

Grzecznie uprzedzam, że bezrobótkowo będzie dzisiaj. Nigdzie nie obiecywałam, że blog będzie tylko i wyłacznie druciano-niciany i tej wersji się póki co trzymam :-) Robótkowo robi się, robi (ponad połowę już mam :-), ale nie pokazuję na razie.
Varning: inga handarbeten idag :-) Meningen med bloggen var från början att underhålla kontakterna med mina kompisar, inte att bara skriva om garn och stickor. På stickfronten gäller fortfarande Johans halsduk som stickas flitigt (så flitigt att det bruna garnet har tagit slut) och det är mindre är hälften som är kvar att göra!
***
Siedem prawd na życzenie Myszopticy. Nie będzie siedem, tylko cztery, i nie będą prawdy, a dziwactwa. Poza tym _wszystko_ się będzie zgadzać:
En annan bloggare har manat mig att skriva sju sanningar om mig själv. Det blir inte sju utan fyra och konstigheter istället för sanningar. Allt annat stämmer :-)

1. Maniacko czytam ogłoszenia matrymonialne. Po części z podziwu, że takie ideały chodzą po tym świecie, a po części z fascynacji nad ludzką kreatwnością. Przy czym co ciekawsze przypadki z dziką satysfakcją wycinam i zachowuję. Oto rodzynek z kolekcji; ewentualnie zainteresowanym wyjaśniam, że ogłoszenie stare i zapewne już - ku ogólnemu ubolewaniu - nieaktualne:

Leniwy, nudny 44-latek poszukuje kobiety o podobnym nastawieniu do życia i bez poczucia humoru, aby dzielić szybkie żarcie, ogladać telewizję i może czasami dyskutować po angielsku.
1. Jag kollar maniskt kontaktannonser. Delvis för att jag beundrar att sådana ideala människor vandrar runt på denna sköna värld, delvis för att jag är helt fascinerad över andras kreativitet. De bästa annonserna klipper jag ut och behåller. Detta är min favorit; den är ganska gammal så dessvärre fruktar jag att den inte är aktuell längre:
Lat, långtråkig44-årik man söker likasinnad kvinna utan humor för att dela skräpmat, titta på TV och kanske diskutera ibland på engelska.
2. W ramach wywierania Dobrego Wrażenia na pierwszej randce z Johanem opowiedziałam mu o tym, jak to w ramach pokazu sił za świetlanych czasów komuny po ulicach w mojej miejscowości jeździły czołgi i transportery opancerzone. Jak już zapewne zrozumieliście z innych wpisów wrażenie wywarłam nawet nie tyle dobre, co piorunujące :-)))
På vår allra första dejt berättade jag för Johan hur under strejkarna i den mörkaste kommunisttiden visade makten upp alla sina militära styrkor: tankar och tunga pansarvagnar åkte runt på gatorna. Syftet med storyn var att göra ett bra intryck på honom. Naja, som ni säkert har märkt blev försöket lyckat.
3. Do momentu zamieszkania z Jaśkiem umiałam w porywach (i jak nie zapomniałam, że akurat to robię), ugotować jajko na twardo. W momencie mojego wejścia do kuchni jajka same spadały na podłogę, gaz sam gasł, garnki się same przypalały i w ogóle katastrofa, a o posoleniu ziemniaków to nawet zapominałam zapomnieć. Jaki z tej historii wniosek? Jak ktoś uwielbia jeść, to i gotować się powinien nauczyć :-)
3. Jag kunde inte laga någon mat alls innan jag flyttade ihop med Johan. Så fort jag gick in i köket blev det en enda katastrof. Nu kan jag slå ihop en lagom bra middag på en mycket kort tid. Slutsatsen är alltså att om man tycker om att laga mat ska man lära sig att laga den också!
4. Słyszę dźwięki wydawane przez nietoperze. Tak, wiem, że normalni ludzie nietoperzy nie słyszą; sama jestem przekonana, że wszystkiego moje ucho i tak nie wyłapuje.
4. Jag hör fladdermöss. Ja, jag vet att normala människor inte kan höra ljuden men jag har tränats till att lyssna och höra sen jag var barn. Dessutom är jag övertygad att jag inte hör allt de snackar mellan varandra.
Podobno trzeba wyzwanie przekazać dalej. Hmmm... kogo by tu... Anavilma, Ania - macie czas i chęci? :-)
***
W tym tygodniu zaliczyłam pracowy opłatek. Tematem tegorocznej imprezy był western i Dziki Zachód. No więc kto miał i mógł, to powyciągał dzieciom z szafy pistolety, kapelusze kowbojskie i pióropusze. Rozczulił mnie pan, który pojawił się w kowbojkach, kapelutku, kraciastej koszuli flanelowej oraz kalesonach (!!!) i podkoszulku rozpinanym pod szyją na guziczki, takiej a'la bezzębny , znudzony dziadek spod saloonu. W ramach tańców i hulanek był natomiast line dance pod kierunkiem pani instruktorki. Jeszcze dobrze ludzie się nie ustawili, a my (siedmioro najbliższych współpracowaczy) już dostaliśmy kompletnej głupawy. Pani instruktorka pokazała na scenie pierwszy układ, ale się okazało, że nie wszyscy są w stanie załapać, o co chodzi. A najbardziej nie mógł załapać mój kolega, na co dzień poważny naukowiec w kitelku, a prywatnie pół-Bahraińczyk, pół-Kuwejtczyk. Który to Morty transkulturalnie, stojąc w wery ferst lajn, tak, żeby go przypadkiem nikt nie przeoczył, do tego country odstawił przebierając nóżkami jakiś swój taniec ludowy. Przy czym pragnę podkreślić, że układ choreograficzny mu się z podkładem muzycznym zgrał idealnie :-))) Jedzeniowo było mało odkrywczo, ale jedną rzecz podłapałam: kukurydza gotowana w mleku i cukrze :-)
Nu i veckan hade vi julbord på jobbet. Och det var hur roligt som helst!!! Årets tema blev Vilda Västen och Western. Folk grävde upp hattar och pistoler ut ur sina barns skåp, indianerna målade ansikten. Vi kunde också lära oss att dansa line dance med en instruktör. En av mina närmaste medarbetare kunde inte hänga med i dansen, däremot presenterade han en kurdisk folkdans till en countrylåt. Det var otroligt men hans koreografi stämde perfekt med musiken :-))) Matmässigt blev majs kokt i mjölk och socker ett intressant inslag i den otraditionella men goda middagen.
***

A to to jest coś, co może nie wygląda, ale za to SMAKUJE. Autentyczny smolandzki, tradycyjny sernik. Kupuje się mleko niehomogenizowane, po czym do tego mleka się dodaje podpuszczkę (kupioną w aptece :-). Potem do masy serowej dodaje się siekane migdały obrane ze skórki (słodkie plus dla przełamania smaku kilka gorzkich). Sernik ma grudkową konsystencję, więc żeby to wygładzić, to nieodzowna jest bita śmietana. Ukoronowanie dzieła to tzw. Dżem Królowej - połowa czarnych jagód, połowa malin - u nas prawdziwych leśnych, oczywiście nazbieranych w pocie czoła TEMI RENCAMI
w smolandzkim lesie.
När jag firade jul för allra första gången med Johans familj i Småland blev jag bjuden på en småländsk, inköpt ostkaka. Det var ingen höjdare och jag var lite tveksam när Johan ville laga en själv hemma. Men han höll fast vid sina planer: han gjorde ostmassa på ohomogeniserat mjölk och löpe; sedan mandel, vispad grädde och vår egen drottningssylt. Sylten gjorde han på de blåbär och skogshallon som jag plockade i somras.

***


A tu tytułowe Nothing sweet :-)
Och så Nothing sweet :-)
***
Z ręką już w porządku, dziękuję za wsparcie moralne :-) BARDZO bym też chciała wierzyć w Waszą wersję powodu połamania drutów, ale uczciwość mi niestety każe wskazać Czarną Dziurę jako winną :-)
Fiubździu - ulga! Wreszcie ktoś, kto jest w stanie dłubać tylko jedną rzecz! Myślałam, że ja jedna. Szwedki z mojej grupy robótkowej swtierdziły, że to oznaka mocnego charakteru. Mam nadzieję, że to tłumaczenie Ci się równie podoba, jak mi :-)
Edi - normalny, normalny. Gada w trochę dziwnym narzeczu, ale idzie się przyzwyczaić :-)
Myszoptica - ze wszystkich ptaków, jakie mi się udało zobaczyć, najbardziej mi się podobały żurawie. Widziałam tylko dwa razy, ale stałam jak wmurowana i bałam się ruszyć. Pierwszym razem to było stado na wiosnę, koło 20 sztuk. Wrażenie niesamowite :-)
Truśka: tak jest, "Znaczy Kapitan" Borchardta :-) Stawiam Ci piwo/kawę, łatewer ju łisz. Ale najpierw mnie musisz dorwać :-)))

2008-12-11

Handszpaki pałamał!!! - En bruten sticka

...wszystkie handszpaki pałamał!!!
Cytat z pamięci, więc mogłam się rozjechać z dosłownością :-) Nooo??? Kto wie, z jakiej to książki?


A oto mój prywatny, miniaturowy handszpak. Czyli drut numer trzy... Nie, nie dłubałam tak zaciekle. To tylko zgubne skutki wożenia robótki w torbie, którą to torbę Jasiek pieszczotliwie nazywa "Czarna Dziura". Zgrzytając zębami (na co mi dziewięć drutów skarpetkowych o tym samym rozmiarze? Hmmm, może po to, żeby łamać następne? :-) stwierdzam, że najwyższy czas sprawić sobie jakiś Okazjonalny Przechowalnik Dotorebny. Pomysł wybitnie do przemyślenia...
Nej, tyvärr var det inte jag, som stickat så nitiskt. Den brutna bambustickan är bara ett resultat av att bära runt mitt handarbete i min stora väska; en väska som Johan kallar för svarta hålet... Kanske dags att sy ett fodral/en påse att ha sin stickning i??? En idé som definitivt ska tänkas igenom.
***




Moje hiacynty rozkwitły. Jak miałam kilka lat dostaliśmy "z zagranicy" cebulkę hiacynta. Mama ją posadziła; do dzisiaj pamiętam te białe, gęsto osadzone kwiatki i ten obłędny zapach. Ja swoje hiacynty kupiłam w ramach wyprzedaży w sklepie, za jakąś śmieszną cenę. Zaczepiacz wzroku i rozweselacz jednej strony, ale wspomnienie dzieciństwa z drugiej...
När jag var liten (under den mörka kommunisttiden alltså) fick min familj en liten hyacintlök. Mamma planterade den och när den utvecklade blommorna blev vi överrumplade över formen och doften. Hyacinter är med andra ord ett riktigt barndomsminne för mig; den renaste lyxen som kom direkt från den förbjudna, mytomspunna världen... Mina fina hyacinter, köpta för ett vrakpris på ICA, har börjat blomma hemma. En underbar njutning för ögat men även en stark påminnelse...
PS: Proszę nie sprawdzać nerwowo kalendarza, dzisiaj _nie_jest_ niedziela :-))) Tak mi sie przez tego połamańca nieplanowo napisało. A w związku z tym na komentarze odpowiem zbiorowo następnym razem :-)

2008-12-07

Stop(p)

Widziałam jemiołuszkę!!! Prawdziwą, pierzastą, śliczną, z charakterystycznym czubkiem! Siedziała z kwiczołami i na spółkę wcinała zmarzniętą jarzębinę :-) Jak mnie zobaczyła, to popatrzyła z pogardą i zwiała.
Jag såg en sidensvans i fredags! En äkta, vacker sidensvans med de karakteristiska fjädrarna på huvudet! Den satt och åt rönnbär tillsammans med björktrastar. När den fick syn på mig flög den bara iväg. Jag hade aldrig sett denna art innan, därför blev jag lyriskt entusiastisk :-)
Szalik dla Johana. Siedzę i dłubię, a tu mi Johan patrzy na ręce i nagle oznajmia, że on sobie to inaczej wyobrażał. Yyyy.... aha. I on mi zaraz rozrysuje najnowszą wersję, według której to wersji mam kontynuować od zaraz. Oniemiałam. A jak zobaczyłam rozrysownik, to oniemiałam do kwadratu. Na co Johan, że powinnam się cieszyć, że takie szczegółowe schematy dostaję i wiem do-kła-dnie, jak to ma wyglądać (czyżby przytyk do mojego prucia??? :-). Tak więc podsumowując: 1). odłożyłam poprzednią robótkę, w której naprawdę nie mam dużo do skończenia (jednorobótkowa zasada numer jeden złamana), po to, żeby 2). desperacko dłubać szalik na jakichś zapałkach i w dodatku 3). _ściśle_ pod wskazówki projektanta. Innymi słowy interes stulecia zrobiłam, biznesłumen jestem. A tak w ogóle, to po raz kolejny składam hołd osobom robiącym na zamówienie :-)))
Współczynnik Prucia w tym wielce skomplikowanym szaliku wynosi ZERO (hhhuuuuua!!!!). W dodatku mam wredny stan zapalny ręki, spowodowany pisaniem na kompie (nie, nie bloga :-), graniem, treningiem i, niestety, robieniem na drutach. Przeciążenie po prostu... Już jest lepiej, ale obowiązuje absolutny szlaban na machanie m.in. drutami przez parę najbliższych dni. W związku z tym łamię kolejną zasadę - pokazuję to, co jest nieskończone (auć):
Hur går det med Johans halsduk? Tja, jag satt en kväll och stickade. Då tittade Johan på mina händer och meddelade: ”Jag trodde att det skulle se annorlunda ut!”. Jasså, säger du! Han bestämde sig för att ändra mönstret lite grann. Detta nya mönster skulle jag följa från och med _nu_ . Naja, milt sagt blev jag förvånad - jag gjorde exakt enligt de instruktioner som jag fick från honom så det är faktiskt intressant hur annorlunda man uppfattar sticksätt, maskor och enkla ränder… Johan anser att jag ska vara glad för sådana noggranna instruktioner – då slipper jag ju repa upp så mycket som jag brukar göra. Sant, sant :-))) Med andra ord 1.) har jag lagt undan ett annat arbete (min ett-handarbete-åt-gången-regel bruten), 2). stickar jag desperat på några tändstickor (hallå, stickor nummer3!!!) och 3. gör jag (trots att jag undviker beskrivningar) strikt enligt någons instruktioner. Jag vet flera tjejer i Polen som stickar på beställning; jag måste erkänna att jag beundrar dem mer och mer...
I den extremt komplicerade halsduken är min berömda Repa-Upp-Faktor NOLL – tro eller ej :-))) Dessutom har jag överansträngt handen, den gör jätteont. För mycket datorskrivande, spelande, träning och antagligen även stickning ... Så trots jag har inte är klar med halsduken än visar jag upp en liten bit:


***


Pięknota nieskomplikowana - czyli jeszcze jeden kwitnący kaktus :-) Byłam przelatywałam jak orkan koło kwiaciarni, gdzie wystawili zygokaktusy innych odmian. Wyhamowałam z piskiem butów i się zaśliniłam patrząc na te cuda. Ale mieć kilka rodzajów tej samej rośliny tylko i wyłącznie dlatego, że kwiną na różne kolory??? :-)))

Och en vackert blommande julkaktus till! Jag sprang förbi någon blomhandel häromdagen och såg ännu mer julkaktusar med ännu mer blomfärger än jag har hemma. Vad jag var sugen på att skaffa fler! Med det kändes lite överdrivet att skaffa fler likadana växter bara för att man tycker om deras blommor… eller? :-)
***


A to _część_ rezultatu johanowego sobotniego urządowania w kuchni (ja w tym czasie marnowałam życie na jakieś bezsensowne sprzątanie łazienki :-). Znalazłam ciekawy przepis w tym tygodniu w "mojej" części gazety porannej (ano, mamy swoje części :-) i stwierdziłam, że jest na tyle wydziwione i wycudowane, że na pewno Johan będzie chciał sprawdzić, co zacz. Dobrze się domyśliłam: prawdziwa pigwa (nie pigwowiec), w zalewie z syropu cukrowego, cynamonu, wanilii (to czarne to nie piasek, to ziarenka wanilii :-), chili, liści laurowych i ziela angielskiego. Się to je albo z wieprzowiną, serem feta, albo deserowo z odpowiednikiem polskiego serka homogenizowanego. Chili super przełamuje słodycz, a kombinacja z pozostałymi przyprawami jest iście piekielna :-)
Vad är detta? En del av Johans matlagning i lördags. Jag såg ett recept i Dagens Nyheter förra veckan och gissade att Johan säkert skulle bli sugen på att prova göra det (tillräckligt komplicerat och knäppt alltså). Kvitten, syltad, med lagerblad, chili, kanel, kryddpeppar och vanlijstång! Smaken är minst sagt originell – chilin bryter igenom sötman och i kombinationen med de andra kryddorna blir det verkligen spännande!

***

Edi, Brahdelt - schemat wrzucę po zrobieniu całości. Będzie można porównać, jak bardzo Jaśkowi i mi różnie w głowach piszczy :-) A że ewenementowy Johan wie, o co mu chodzi, choćby i w szaliku? Johan zawsze wie, o co mu chodzi; ja bym z osobnikiem o innym nastawieniu do życia nie wytrzymała. A że ja też zawsze wiem, o co MI chodzi to... no cóż, czasami jest wesoło :-)))
Ania - gdzieś mi się o oczy obiło, że żony norweskich rybaków robiąc owym rybakom swetry wplatały w dzianinę w okolicach serca swój włos. Oczywiście w celu chronienia przed złymi mocami. Ja w ten szalik wplotę wściekłe mamrotanie po polsku - szalik będzie w ten sposób wielce energetyczny :-)))
Katarina - välkommen :-) Ja, halsduken blir säkert fin, jag har ju fått en riktigt bra inspirationskälla ;-)

2008-11-30

Bierki - Plockepinn

To, co aktualnie dłubię jeszcze nie skończone. Miało być skończone, ale rzeczywistość, czyli zbytkrótkawość doby chciała inaczej :-( A ze względu na mój Wysoki Współczynnik Prucia nie chcę ryzykować i się chwalić czymś, co sama nie wiem, jak będzie w ostateczniej wersji wyglądać (albo i nie będzie w ogóle wyglądać, hihi). Więc pokazuję materały na następną rzecz w kolejce. (Nnno dobra, już to zaczęłam, no bo jakże tu nie sprawdzić, czy dobrze sobie to umyśliłam :-)))
Min tunika som jag stickar nu är inte klar än. Den skulle vara klar till helgen men tyvärr räckte inte dygnet riktigt till :-( Jag är en av dem som repar upp mer än stickar och därför tycker jag inte om att visa upp mina pågående projekt. Däremot det material som jag skaffat till mitt nästa projekt kan jag stolt visa upp och med ett gott samvete :-)



Jasiek oznajmił, że marznie wielce i w związku z tym na Gwiazdkę (a najlepiej wcześniej) chce coś miękkiego i niezbyt zgryźliwego na szyję. Moja koleżanka z grupy robótkowej Katarina robiła kiedyś szalik, który mi się bardzo spodobał. Więc jak tylko usłyszałam johanowe życzenie, to od razu w łepetynie mi zaklikało, co i jak. Czyli: rura w paski :-) Ale Johana wersja była bardziej skomplikowana: według amatorskich (hehehe) wyjaśnień chciał "takie wypukłe i wklęsłe... tutaj i na brzegu" (czyli pionowe, szerokie pasy prawymi i lewymi oczkami), a kolorowe, poprzeczne paski mają być różnej szerokości. W związku z tym Johan dostał papier, kredki i jak na prawdziwego inżyniera przystało, siedział i rysował, o co mu chodzi :-))) Włóczka to alpaka Dropsa, 180 metrów na 50 gram, druty bambusowe trójki (dłubanina się zapowiada). Kolory: złamany biały, melanżowy oliwkowo-limonkowy, jasny rdzawy, czerwony, taki podchodzący po mikołajowy i ciemny brąz. Pewnie będę musiała dokupić więcej motków, ale najpierw chciałam uzgodnić wspólną wersję wydarzeń.
Johan berättade för mig att han fryser och en halsduk som inte är alltför stickig skulle vara en uppskattad julklapp till honom. På ett stickcafé såg jag Katarina sticka en halsduk som jag föll pladask för :-) Så jag visste exakt hur jag skulle göra Johans halsduk: det ska vara en rundstickning (fast hos mig breda ytor av räta och aviga sitället för räta helt slätt) och det ska definitivt vara alpackagarn. Vi satt tillsamman med Johan ganska länge en kväll och försökte få ihop hans idéer med ”stickverkligheten ”. Han fick också (som en _riktig_ ingenjör :-) rita med färgkritor hur breda ränder han vill ha och i vilken färgsammanställning. Hans del är klar, nu är det min tur att förverkliga den :-) Jag ska sticka av Drops alpacka, på stickor nummer 3.


***

Najpierw dziękuję wszystkim za życzenia; na pewno będę korzystać przez cały rok :-)
Edi , Brahdelt - cieszę się, że mój patent kładzenia włóczki na widoku się Wam spodobał. Ja tak często mam - zahaczę o coś ładnego wzrokiem i od razu mi się micha cieszy. Dzisiaj kupiłam hiacynty i też zainstalowałam na środku stołu jako poprawiacz humoru :-)
Opakowana: podzielam miłość do granatowego. Dla mnie to taka szlachetna odmiana czarnego, którego to czarnego, delikatnie mówiąc, nie lubię :-) Co do Kopernika, to _dokładnie_ o tego włosa w filmie chodziło :-)
Myszoptica: Eeeee, nie klęłam :-) Bardziej mnie to rozbawiło. Klęłabym, gdyby się okazało, że przez ten błąd musiałabym spruć wszystko i zacząć po raz pińcsetosiemdziesiętnosetny od nowa. A tak to potraktowałam dziwaczne warkocze jako swojego rodzaju wyzwanie :-)
Ania: w artykule było o wiele więcej, ale ze względu na prawa autorskie nie chcę przytaczać całości artykulu... Z grubsza rzecz ujmując nie mam pojęcia w tym wypadku, gdzie jest granica streszczania czegoś, a "rozpowszechniania treści", a wolę nie ryzykować :-) Ale masz całkowicie rację, w urzeczywistnianiu swoich pomysłów często chodzi o ucieczkę z szarej (niestety coraz częściej chińskiej) anonimowości.
Edi jeszcze raz: to _dokładnie_ ta sama osoba, która u mnie chciała coś zamówić. Czyli........ wszystko jasne :-))) Sprawdza się stara zasada - jak ktoś sam nic nie umie zrobić, to mu najłatwiej przychodzi ocenianie czyjegoś wkładu pracy i efektów...
Gunilla: Kul at du har hittat min blogg! Förklarningen till namnet på bloggen kan vi ta upp över en kopp thé på någon tisdag framöver :-) Jag jobbar eftermiddagar både den 2a och den 9e december så jag lär inte dyka upp på dessa två träffar, tyvärr...

2008-11-23

Ciekawy artykuł - En intressant artikel

W Dagens Nyheter, czyli jednej z największych gazet szwedzkich, znalazłam dzisiaj ciekawy artykuł. O ręcznie robionych ubraniach - szytych, szydełkowanych i robionych na drutach. Wygląda na to, że ekspolozja stron, blogów, spotkań robótkowych to niezłe pole odkrywcze dla socjologów :-) Artykuł m.in. tłumaczy dlaczego po latach wstydzenia się domowo szytych ubrań rękodzieło nagle stało się to powodem do dumy i publicznego chwalenia się: mianowicie coraz więcej ludzi ma zawody, gdzie nie widać ani końca, ani bezpośredniego rezultatu pracy. A robiąc na drutach wystarczy przerobić parę rzędów i natychmiast widzimy różnicę. Coś w tym jest :-)
Najbardziej mi się podobał opis dziennikarki, która ten artykuł napisała: Anna Stina Lindén Ivarsson jest przekonana, że rękodzieło jest w stanie uczynić ludzi nieśmiertelnymi. Według niej starannie wykonany haft prędzej spowoduje, że będziemy zapamiętani przez wnuki, niż pięćset naszych nadgodzin w pracy...
Har ni sett den otroligt intressanta artikeln ”Nu ska alla göra sina kläder själva” i Dagens Nyheters söndagsbilaga? Artikeln försöker förklara varför det blev så modernt och hippt att sticka, virka och sy sina kläder själva. Journalistens förklaring är att mer och mer människor inte kan se något direkt resultat på sina jobb. Däremot ser man på en gång när man har t.ex. stickat några varv i sitt projekt. Jag köper förklaringen helt och hållet! :-) Dessutom påstår journalisten (Anna-Stina Lindén Ivarsson) att man kan bli odödlig genom sitt hantverk…


A to dowód rzeczowy, że coś w tych słowach jest. Obrus lniany, ręcznie tkany przez prababcię Johana. Nie bardzo wiemy, kiedy został wykonany. Jest naprawdę stary, o czym świadczy m.in. technika tkania: dowiedziałam się, że kiedyś nie było na tyle szerokich krosien, żeby zrobić cały obrus od razu. Dlatego składa się on z dwóch kawałków zszytych ze sobą ręcznie, przestarannie i pieczołowicie. Johan nigdy nie spotkał swojej prababci (ja tym bardziej :-), obrus był przeznaczony do wyrzucenia, przy czym ja (z trudem opanowując się) zasugerowałam miłym tonem, że ja bardzo chętnie tą "starą szmatę" (sic!!!) przygarnę. W domu obrus został uprany, nakrochmalony, wymaglowany, uprasowany (jak trzeba, to jestem stuprocentowa kura domowa :-) i momentalnie wyszło jego piękno i charakter...

Och denna bordduk är det bästa beviset på att man faktiskt kan bli odödlig om lämnar något vackert efter sig: detta en linneduk vävd av Johans farfars mor. Duken är riktigt gammal och består av två ihopsydda delar. Jag fick veta att man inte hade tillräckligt breda vävstolar tidigare. Därför blev man tvungen att sätta ihop två mindre delar med varandra och på detta sätt få den bredd som man önskade sig. Johan har aldrig träffat den släktning som vävde duken, men det är en klart värdefull och omtyckt grej för bägge oss. En riktig skatt med andra ord :-)
PS: Wpis kontrolowany, ale kompletnie spontaniczny i nieplanowany. Dlatego na komentarze odpowiem następnym razem :-)

2008-11-22

Choroba listopadowa - Novembersjukan

Śmietnik dzisiaj będzie... Czyli wypisuję wszystko to, co mi przychodzi do głowy :-)


Wstaję dzisiaj rano.... (no może nie rano, ale chyba najważniejsze, że wstałam :-))), patrzę za okno, a tu śnieg. Nareszcie! Wszystkim, którzy się dziwią, jak się można cieszyć ze śniegu wyjaśniam, że po prostu jest trochę jaśniej :-)
Detta såg jag imorse, när jag klev upp. Snö och lite sol, äntligen!

Kaktus kwitnie jak szalony...
Novemberkaktusen blommar igen...
Pisząc w tytule "choroba listopadowa" nie miałam na myśli trzymiesięcznego przeziębienia, które się u mnie świetnie czuje, a na wszelkiego rodzaju odstraszacze reaguje tylko pogardliwym drapaniem w gardle. Chodzi mi o to, że wszyscy się skarżą i ogólnie rzecz ujmując nie cierpią listopada. A ja wesolutka :-) Bardzo lubię listopad w tym roku, bo sobie to _dobrze_ uknułam: po pierwsze miałam urodziny, a po drugie odwaliłam kawał dobrej roboty. Urodziny się ma, niezależnie od naszych poglądów na ten temat, ale z tego kawału dobrej roboty jestem naprawdę zadowolona. Kosztowało mnie to koszmarnie dużo pracy, czasu i energii. No więc wsparta takimi argumentami poskromiłam fałszywym gwizdaniem swojego węża kieszonkowego i kupiłam listopadową gwarancję dobrego humoru:

När jag skrev novembersjukan i rubriken menade jag inte min förkylning som har hållit sig i hela tre månader nu. Jag tänkte mer på att alla klagar och tycker att det är trist och tråkigt. Jag måste säga att själv tycker jag om denna månad, åtminstone nu i år – jag fyllde år (precis som vanligt :-) och dessutom klarade jag hela sjukdomslärakursen jättebra. Jag känner mig riktigt nöjd med det senaste och därför unnade jag mig något riktigt, riktigt vackert:100% ręcznie farbowanego jedwabiu; 600 metrów na 100 gram. Kolory? Wariant a) męski, czyli johanowy: fioletowy. Fioletowy i już. No dobra, trochę odcieni w tym fioletowym jest. Wariant b) kobiecy, czyli mój: miedziany, stare złoto, szary gołębi, szary stalowy, granatowy, śliwkowy fioletowy przechodzący w czerń. Przy czym miedziany zmienia kolor w dziennym świetle na bardziej purpurowy. Tak więc z grubsza rzecz ujmując coś przepięknego :-) Położyłam to cudo obok łóżka; jak się budzę, to pierwsze co widzę, to te nowe motki. Kolory są moje, ale bardzo zimowe. W głowie mam mało zdecydowany pomysł, co z tym zrobić - jakiś taki dojrzały impresjonizm póki co widzę. Druty zalecane to 2,5, więc trochę będzie to sobie musiało odleżakować i poczekać na wykrystalizowanie pomysłu.
Silk Lace, handfärgat, inköpt på Garnkorgen
. Vackra, mörka, mustiga vinterfärger! Jag har ingen klar idé än vad det ska bli för något av dessa härvor. Eftersom garnet är så pass tunt måste jag tänka och räkna ut rejält innan jag påbörjar något. Garnet ligger bredvid sängen så det är det första jag ser när jag vaknar.

Jakieś trzy lata temu, korzystając z wizyty u mieszkającej w pobliżu rodziny, zrobiliśmy sobie małą wycieczkę do Fromborka. Wtedy właśnie zaczęły się prace archeologiczne dokładnie w tym miejsu w katedrze, w którym później znaleziono grób Kopernika (komentarz od mojego Wielkiego Brata: "Kopernik nie spoczął w krypcie, tylko pod posadzką - krypta jest niewielka, tylko pod fragmentem katedry" :-). Sprawa mi potem jakoś znikła z radaru, więc proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy włączyłam wczoraj telewizor, a tu film dokumentalny o tym, jakimi sposobami ostatecznie naukowcy potwierdzili, że wykopany przez nich szkielet to właśnie szczątki Kopernika. Film jest zrobiony przez Polaków, we współpracy ze szwedzką telewizją; oficjalna strona jest tutaj. W Polsce wygląda na to, że ma być oficjalnie wypuszczony w lutym 2009. Jeżeli ktoś lubi historyczne zagadki, Pana Samochodzika i "Klątwy, mikroby i uczeni" to naprawdę polecam.

För några år sedan var vi på besök i norra Polen. Då passade vi på och åkte till Frombork, en liten ort med en otroligt vacker domkyrka. Alla källor anger att Copernicus begravdes just i denna kyrka; dock kunde man inte fastställa exakt var hans grav fanns. När vi var där påbörjades utgrävningar, sedan hittade jag inga uppgifter om vilka resultat det blev med undersökningarna. Därför blev jag riktigt förvånad när jag slog på TVn igår: i Vetenskapsmagasinet visades en mycket intressant dokumentärfilm om hur forskarna bl.a. från Uppsala universitet lyckades fastställa att det faktiskt var Copernicus kvarlevor som hittades. Filmens hemsida hittar man här
.
***
Brahdelt - ocieplona klata? No proszę, a mi zawsze wmawiali, że głowa! :-)))
Myszoptica - BOSKIE warkocze? Hmmmm.... Wiesz, jak ja je w napadzie tfurczości zrobiłam? No więc tak: sweter był na okrągło, skrzyżowałam oczka na warkocz, podjechałam do góry, więc znowu skrzyżowałam. Długość warkocza mi odpowiadała, wszystko ślicznie. Tylko jak dojechałam do rozdzielenia przy rękawach, to się okazało, że ja sobie wesoło krzyżowałam oczka warkoczowe co _szósty_ rząd, czyli na przemian po prawej i po lewej stronie swetra.
.... no i chyba tyle na dzisiaj... ciekawe, czy ktoś miał siłę przebrnąć przez cały wpis :-)))

2008-11-16

Musztarda po obiedzie

...leżało i łypało... ...łypało i leżało....
Z powodu Braku Energii Do Życia oraz ściśle związanym z tym Brakiem Innych Pomysłów zaczęłam pruć Musztardę, wersja - skromnie licząc - jakieś 3.0. No i jak prułam, to stwierdziłam, że może jednak ściągacz zrobić inaczej. I na przykład na okrągło, zamiast puzzli, żeby uniknąć pięty achillesowej, czyli ściegu lewego gładkiego. Poszło :-)


...no to może jednak inny warkocz, mniej ścisły? Poszło.
...hmmm... może jednak inne podcięcie pod szyją? I kołnierz a'la zżółkły marynarz?


No i w ten wymęczony sposób powstała Musztarda Po Obiedzie czyli Kamizelka Z Rękawami. Musztarda po obiedzie, bo właśnie dziś temperatura spadła w dzień do zera i sypnęło śniegiem i w ścisłym związku z tym należy wyciągać raczej ciepłe gacie, a nie kamizelki :-)

Nu är sjukdomslärakursen klar. Under en 10 veckors period hade vi sammanlagt 9 tentor; den sista var i fredags. Med andra ord var det 10 veckor av rent vrålplugg och stress. I sådana omständigheter får jag ett typiskt tunnelseende - jag kan inte koncentrera mig på något annat än att bara plugga. Tröjan påbörjade jag alltså i slutet av augusti men den blev klar först nu; efter jag har stickat, repat upp och lagt undan den (tungt svärande :-) sammanlagt kanske 4 gånger - Johan skrattar att jag repar upp mer än jag stickar. Japp, det stämmer tyvärr!


***


Jak zwykle wykańczanie zajęło mi mnóstwo czasu. Kołnierz jest przyszyty po prawej stronie, ale ponieważ oficjalna wersja jest rozchełstana, więc lewa strona będzie bardzo widoczna. A publiczne pokazywanie szwów nie godzi się :-) Na wyżej zamieszczonym obrazku (porażającym fotoszopowym profesjonalizmem) widać, jak nabrałam oczka i podciągnęłam parę rządków ściągacza po lewej stronie (1), po to, żeby go (2) zgraftingować (jakie piękne prawie polskie słowo wymyśliłam, ha!), po to żeby w powstały tunelik wepchnąć ślady zbrodni (3), czyli szwy i nitki. To samo zrobiłam w pliskach rozcięcia dekoltu.

Som vanligt tog de där små detaljerna mest tid att göra klart. Kragen sydde jag ihop med tröjan på rätt sida, men eftersom den ska läggas ut så där lite nonchalant ;-) så skulle den fula sömmen vara helt synlig. För att den skulle försvinna fångade jag upp samma antal maskor som kragen består av från tröjans kant . Då stickade jag upp några varv resår (1). Sen använde jag grafting för att fixa en osynlig genomgång (2) och på detta sätt dölja sömmen och lösa trådar i den lilla tunneln (3).



A tu całość. Projekt własny (oj, aż za bardzo własny...). Ramiona i kołnierz modelowane rzędami skróconymi. Wełna Dropsa, Alaska, moim zdaniem naprawdę dobrej jakości. Na ten przykład: producenci włóczek łącząc dwa kawałki włóczki w motku wykonują zazwyczaj mniej lub bardziej dyskretny supełek. A tutaj połączenie było fachowe, czyli na zakładkę i porządnie skręcone. Małe zgrubienie i w ten sposób prawie ani śladu łączenia. Druga cecha wyszła w praniu - tej wełny nie wystarczy włożyć do wody; ona ma w sobie tyle powietrza, że trzeba ją utopić. Czyli powinna być ciepła. Czy gryzie? Nie wiem, bo ja z tych gruboskórnych i w dodatku lubię, jak mnie podgryza :-)
Ja, och tröjan i all sin prakt. Projektet är mitt eget (därför tog det så otroligt lång tid... glurrrrk!). Den del vid nacken, där fram- och bakstyckena ska sys ihop formade jag med hjälp av förkortade varv; denna teknik fungerar utmärkt just på sådana ställen. Jag har stickat av Drops Alaska; jag har aldrig stickat något av garnet så jag får se hur den reagerar på slitage och tvätt. Än så länge är jag nöjd med det – det verkar både vara varmt och har tålt att jag repat upp det så många gånger.

***
Edi - jak ja ten obrus skończę, to będę nim machać na prawo i lewo :-))) Na razie niestety odłożony - nie jestem w stanie tego szyć przy tak paskudnym świetle, a właściwie przy braku światła.

Iza - Witam :-) Białe na cieście marchwiowym to ser (w oryginale Filadelfia), roztopione masło, cukier, sok i skórka z cytryny. Ciasto jest bardziej wilgotne w ten sposób, a kwaskowość polewy fajnie przełamuje smak.

2008-11-02

b)


Podpunkt a tutaj :-)
Podpunkt b obejmował szlaczek. Zaczęłam szukać szlaczka, a właściwie wzoru do szlaczka, no i okazało się, że ogólnie mówiąc szlaczek trafił szlag.


Wzór został, a i owszem, zeskanowany z oryginału i zapisany na dysku. Tylko pytanie GDZIE został zapisany... A oryginał w Polsce, czyli w Verenie, czyli w domu, a w domu remont... Moja ekstremalnie tolerancyjna na moje pomysły mama popatrzyła w schemat i próbowała mi wyjaśnić co i jak przez telefon. Taaaaaaak..... Dopiero jak rozrysowałam i ponumerowałam filetowe schodki, po czym rysunek wysłalam, to udało nam się wspólnie rozwiązać szlaczkowe zawiłości.

Tu koronka po namoczeniu, upraniu, wyciśnięciu w ręczniku, wymaglowaniu, rozłożeniu na karimacie, wyekierkowaniu kątów prostych, wymierzeniu kantów, wysuszeniu i wyprasowaniu. Teraz to TYLKO przyszyć do materiału (bo chyba zszywki odpadają, prawda? :-))).
Nu är min lilla spets klar! Det blev lite strul med mönstret - jag har slarvat bort det. Tack och lov kunde min mamma hjälpa mig med det... Nu återstår det "endast" att sy ihop spetsen med det fina och tunna linnetyg som jag köpte i somras. Japp, det kommer att ta ett tag :-)

***
Edi - dzisiaj była zupa rybna z łupacza; z czerwoną pastą curry, kolendrą i mlekiem kokosowym; wpadnij wieczorem to się jeszcze załapiesz :-)
Myszoptica - sok też podobno można mrozić i powstaje coś kryształkowego i łatwego do łupania porcji, którymi to porcjami- znowu podobno - można dekorować desery. Piszę podobno, bo nie sprawdzałam nigdy sama, moja zamrażarka wypchana grzybami i o znalezieniu miejsca dla kilku litrów soku nawet nie ma co marzyć... Także mrożenie kwiatów jednak praktyczniejsze.

2008-11-01

Grigorij Sokołow

Rosyjski pianista, który wygrał ogromnie prestiżowy Konkurs Czajkowskiego w roku 1966. Miał wtedy 16 lat. Po czym władze na wszelki wypadek tak bardzo doceniły jego talent, że na Zgniłym Zachodzie mógł zacząć koncertować dopiero w latach 80-tych.
Program był bardzo klasyczny, dosłownie i w przenośni. Były 2 sonaty Mozarta (KV. 280, 332) i 2 Beethovena (nr 2 A-dur i nr 13 Es-dur). Ujmę to tak: żeby zdecydować się na taki repertuar (coś, co zainteresowani znają na wylot do każdej nutki i czego nagrań na rynku mówiąc oględnie jest dużo), zapełnić ogromną salę koncertową, i do tego sprawić, że ludzie słuchają jak skamieniali, to trzeba być pianistą klasy absulutnie nieprzeciętnej. I Sokołow takim pianistą jest. Mozart był wycyzelowany do najmniejszego ozdobnika. To było studium złudnej prostoty ujarzmionej bezbłędną precyzją techniczną i muzyczną. Beethoven mnie zachwycił niesamowitą skalą barw i zmiennością emocji.
Po sonatach nadszedł czas na bisy. Zawsze jest jakiś styl, w której dany muzyk jest lepszy lub... trochę mniej lepszy. Ale nie w tym przypadku. Nie dość, że bisów było SZEŚĆ, to jeszcze ze skrajnie różnych epok: od Scarlattiego, przez Bacha, przecudny nokturn Chopina (przy którym się całkiem rozkleiłam; starzeję się, skoro Chopin mi się zaczyna podobać :-))), po fascynujące swoją abstrakcją bohomazy Debussy'ego. I wszystko zagrane z nieprawdopodobną czystością stylu. To był jeden z tych koncertów, na których się modliłam, żeby się jeszcze nie kończył...
Tutaj jakiś fan się nieźle napracował. Moje ukochane jutjubowe nagranie Sokołowa zdjęli jakiś tydzień temu (buuuu.....), więc niżej wklejam kawałek Beethovena :-)

2008-10-26

Atak kurzodomowienia - Hemmafruanfall

Czasami tak mamy.
...czasami, więc lepiej wykorzystać okazję i zrobić coś na zapas :-)


Sok ze świeżych cytryn i zamrożonych latem kwiatów czarnego bzu. Do herbaty go leję, czym wzbudzam niepohamowane obrzydzenie Johana (tubylcy piją sok wymieszany z wodą).
Flädersaft av de blommor som Johan plockade och fryste ner i somras. Smaskigt i te!

Pasta z małżami, szafranem, rukolą, pomidorami, parmezanem... i tylko Johan wie, czym jeszcze.
Pasta med musslor, saffran, ruccola, parmesanost. Och en massa andra roliga grejer.

Fenomenalny w swej prostocie i obłędności smaku chleb Rofan.
Det fenomenala Rofans vardagsbröd. Receptet härifrån.

No i ciasto marchwiowe. Baaaaardzo zdrowe składniki - marchew, orzechy, zrobiony w domu biały ser, cynamon, gałka muszkatołowa, cytryna... to kto by się jakimś białym cukrem przejmował :-)))
Och sist men inte minst den ultranyttiga morotskakan (ICAs internetrecept fungerar utmärkt) - morötter, valnötter, hemmagjord färskost, kanel, muskotnöt, citron... vitt socker? vaddå, vitt socker!!! :-)))
***
Opakowana, Dagny, Agnieszkamat, Ania, Edi, Myszoptica - bardzo dziękuję :-) I chyba przez Was się złamię i rzeczywiście zacznę robić coś innego koronkowego w autobusie. Czytać nie mogę, nudzić się nie lubię, więc nie pozostaje nic innego niż wyciągnąć jeszcze jedno szydełko i nici.

2008-10-20

a)



Podpunkt a gotowy, czyli koronka zrobiona. Podpunkty w sumie są trzy, a więc jeszcze trochę do zrobienia jest :-) Szerokość w najwęższym miejscu 9 cm, w najszerszym 15. Długość 5 metrów, 60 centymetrów, w stanie nieupranym, niewymaglowanym i nierozprasowanym. Podejrzewam, że jak się to rozklepie ;-) to się może trochę rozciągnąć (z pełnym nadziei naciskiem na "trochę").
Hmmm... no i co ja teraz będę w autobusie robiła??? :-)))
"a)" i rubriken betyder att första delen av min duk med spets är klar. Det finns också del b) och c), så det är fortfarande mycket arbete kvar. Spetsen är 9/15 cm bred och 5,60 meter lång. Jag tror att när jag tvättar, manglar, blockar och stryker den så blir den lite plattare och med detta både lite bredare och längre (jag hoppas på "lite" :-).
Tja... och vad ska jag göra på bussen nu???
***
Ania, Anavilma, Edi - dzięki :-) Pocieszyłyście mnie trochę. Wiem, że tak jest, jak się samemu coś wymyśla... Jedyna rada to starannie spruć, schować, żeby nie widzieć i poczekać, aż samo przyjdzie i poprosi :-)

2008-10-11

Eeeeehhhhh.........


Na tym blogu przeczytałam kiedyś, że każdy motek wie, co ma być z niego zrobione. No więc ostrzegam: musztardowa Alaska Dropsa nie chce być golfem z warkoczami. Nie i już. Negocjowałam, prułam, dłubałam, przerabiałam, mierzyłam, prułam, zmieniałam pomysł, dłubałam. Propozycja nie przeszła. Czyli jakieś 4 tygodnie pracy kradzionymi wieczorami w plecy :-(

Jag har läst på den här bloggen att varje nystan vet vad det vill bli till. Så jag varnar: Drops senapsgula Alaska vill definitivt inte bli en polotröja med en bred och skönt krokig fläta på framsidan. Näpp. Jag har förhandlat, stickat, repat upp, ändrat på min ursprungliga idé, stickat, kompromissat, stickat, repat upp. Det bara går inte... 4 veckors arbete på stulna kvällar åt skogen :-(
***

2008-10-03

Jak to... - Hur så...

...nie piszę? Piszę, piszę. Egzaminy. Od początku września miałam ich 5, za dokładnie tydzień następny. A tu leżę znowu w objęciach wirusa :-(
... att jag inte skriver? Jag skriver något hela tiden, känns det så. Tentor, för det mesta. Jag har haft 5 under september, nästa har jag om exakt en vecka. Och så är jag IGEN förkyld... :-(
Łikent miałam przeznaczyć na kończenie musztardy i do tego celu niezwykle były mi potrzebne druty na żyłce o długości 60 cm. Jak zwykle się spieszyłam, jak zwykle wpadłam do sklepu, do półki z drutami na żyłce już trafiam po ciemku :-). Znalazłam odpowiedni numer i długość. Widziałam, że jakieś dziwne dyndoły się kolebią, ale myślałam, że to jakiś cudowny wynalazek ulepszający (no co! na opakowaniu jak wół napisane "Schnellstricknadeln"!!! nabieram oczka i fruuuu - rękaw gotowy :-))). No i dopiero w domu po rozpakowaniu zazgrzytałam zębami - druty z dyndołami to coś pośredniego między drutami prostymi, a drutami na żyłce. W sumie fajny wynalazek - nie męczy tak ramion, a jednocześnie można dziabać rzeczy dużooczkowe. No ale mi w akurat tym przypadku chodziło o co innego :-)
Jag ville bli klar med min senapsgultröja nu i helgen. Då tyckte jag att jag behövde rundstickor som var 60 cm långa. Jag sprang in i affären (bråttom, bråttom), bland alla rundstickor hittade jag det nummer och den längd jag ville. Ja, jag såg att det var något som dinglade där, men jag trodde att det var någon form av en super-speciall-extra-förenkling. Naja, jag hade fel. När jag packade upp stickorna hemma upptäckte jag att de var något emellan rund- och vanliga jumperstickor. Ingen dum idé i för sig, tycker jag, men den här gången var jag ute efter något annat :-)
***

No i parę zdjęć z zeszłego łikendu: pięęęękny gałęziak. Niektóre gatunki są jadalne, a niektóre wręcz przeciwnie. Według guru
nawet jeżeli są jadalne, to smakują jak rozgotowane spagetti :-)
Och några bilder från förra helgen: någon fingersvamp. Vissa arter kan man äta, vissa ska man absolut inte äta. Enligt Pelle smakar de ätliga som överkokt spagetti så vi bryr oss faktiskt inte om att lära oss vilka som är vilka.

Znaleźliśmy 8 sztuk piestrzenicy infułowatej. Nie widzieliśmy ich nigdy wcześniej, ale to jeden z tych gatunków, które się rozpoznaje bezbłędnie na pierwszy rzut oka. Wcześniej uważane były za grzyb jadalny, w tej chwili eksperci stanowczo odradzają ze względu na zawartość silnie rakotwórczej gyromitryny (po lewej stronie jest też link do polskiej notatki, ale ponieważ notatka jest napisana przez ekheeeeem.... fachowca, więc jest dla mnie - powiedzmy - średnio zrozumiała :-)))
Vi hittade 8 stycken biskopsmössor. Vi har aldrig sett den här svampen tidigare, men det är en av de arter som man känner igen på en gång. Jättefina var de! Tidigare ansågs den vara en matsvamp, nu påstår experterna att man absolut inte ska äta dem pga de innehåller den cancerframkallande substansen gyromitrin.


W sumie już chyba po grzybach - ostatnio było zimno i sucho. Myśleliśmy, że wrócimy do domu z pustymi rękami, ale wdepnęliśmy w łąkę ogromnych kurek.
Och vi trampade nästan på en kantarelläng. Stora och fina. Och smaskiga :-)


Po drodze z lasu wpadliśmy na chwilę w odwiedziny do pracowego kolegi Jaśka. Było bardzo miło, a ich ogród!!! Taki półdziki, nieuczesany. Z miejscem na jabłonie, sosnę, hortensję, bluszcz, zioła, berberys i czereśnie. Kamienie tam, gdzie je Pan Bóg położył, zmurszałe drewniane schody... Biegałam i zaglądałam im w każdy kąt :-)
Johans arbetskompis fantastiska trädgård - en liten trädgård med en stor själ. En tall, en murgröna, äppelträd, örter, körsbär, mossa på stenar... Lite okammad, vild under kontroll. Min drömträdgård med andra ord :-)
***

No i komentarz do poprzedniego wpisu :-) Parę lat temu byliśmy Mostarze. Chcieliśmy zobaczyć most. A w tym samym czasie moja szwedzka przyjaciółka M (ta od obiadu :-), pochodząca z tego miasta, była w odwiedzinach u rodziców. Zaprosiła nas na lunch, przy czym my to zinterpretowaliśmy po szwedzku, jako niezobowiązujący obiad gdzieś na mieście. No i się okazało, że źle to zinterpretowaliśmy. "Lunch" okazał się kilkudaniowym, wielogodzinnym obiadem z całą rodziną, przy czym takiego przyjęcia i serdeczności się absolutnie nie spodziewaliśmy. Do dzisiaj M z odwiedzin od rodziców przywozi nam prezenty i oczywiście pozdrowienia. Spytałam ją potem, jak to jest z tym przyjmowaniem gości - wyjaśniła mi, że na przykład w czasie ostatniej wojny domowej nie szło się do nikogo z pustymi rękami, prezentem mogło być cokolwiek, choćby i paczka rodzynek. To wszystko bazowało na zasadzie dzisiaj ty jesteś głodny, jutro ja mogę być głodny. I trzeba było się dzielić, żeby przeżyć. I chyba coś w tym jest - w Szwecji można sobie samemu dać radę, nie trzeba nikogo prosić o pomoc (jak ja oswajałam sąsiadów w niecnym celu wyjazdowego podlewania naszych roślin w domu to osobna historia :-))). To moja interpretacja zjawiska, jak jest naprawdę, tego chyba nikt nie rozgryzie. Ot, kategoria "różnice kulturowe": akceptujesz i wsiąkasz między resztę, albo nie - i wtedy się dzieją ciekawe rzeczy :-)

2008-09-25

Bara polska idag :-)

W tytule wyjaśniam, że dzisiaj tylko polski. Aha, i bez zdjęć :-) Filozoficznie będzie, znaczy.
No więc: do przedziwnych numerów w moich polsko-szwedzkich relacjach gość-gospodarz jestem już przywyczajona. Ale takiego manewru, jak we środę, i to w dodatku w moim własnym domu, to jeszcze nie widziałam.
Miałyśmy się spotkać u mnie w domu, bo tak nam było najbliżej i najwygodniej (zwłaszcza mi :-). Finka, Szwedka i ja. Znamy się dość dobrze, zapowiadało się ostre dymienie z mózgownic, mniej więcej od 10 do 15-16, w związku z tym dla mnie było oczywiste, że w międzyczasie coś trzeba będzie zjeść i że ja, jako gospodyni, mam o to zadbać. Jak się okazało było to oczywiste tylko dla mnie. Szwedka po wejściu do mieszkania na wstępie oznajmiła, że będzie musiała w okolicach lunchu pobiec do sklepu i coś kupić do jedzenia. Na co ja zdzwiona, że przecież jest moim gościem, ja też coś muszę zjeść i jestem przygotowana, żeby je obydwie nakarmić. Na co Finka dla odmiany, że ona dziękuje. Ona ma SWOJE jedzenie w pudełku (sic!!!), więc tylko je odgrzeje w mojej mikrofalówce i sobie z tego pudełka zje. Yh, no dobra, ja nikogo nie zmuszam. Dla mnie dziwne, ale może ma alergie, może nie lubi czyjegoś gotowania, kto wie?
W okolicach 13 zabrałam się za gotowanie. Finka twardo oznajmiła, że poczeka z odgrzewaniem swojego jedzenia, aż nasze będzie gotowe. Szwedka z zaproponowanych rzeczy najbardziej miała ochotę na omlet. No i trzeba było uzgodnić parę rzeczy: Jesz masło? - Jem. - Krewetki? - Ooooo! - Papryka? - Taaak! - Grzyby? - (tu entuzjazm) - TAAAK! Patrzę na Finkę i widzę, że ma jakąś dziwną minę. Pytam dalej rozochoconą Szwedkę: Bazylia? No ale jak doszło do "ile jajek?" to Finka wyjąkała z desperacją w oczach - "...to moooże ja JEDNAK też mogłabym dostać trochę tego omletu....".
Mało tego. Finka wychodząc po zakończonej pracy ode mnie z domu spytała, czy ja może chcę, żeby mi zostawiła ten swój obiad, z którym ona przyszła...
Wieczorem opowiedziałam całą sytuację Johanowi. Który zaczął rechotać, jak opętany. Johan już jest po polsku przeszkolony w zakresie gościnności, ale przecież wie, jak tutaj się robi. Wyjaśnił mi to w następujący sposób: oni się boją zadłużenia. Zadłużenia się w jakikolwiek sposób, w tym wypadku emocjonalnego. Przecież jest ryzyko, że ja od nich teraz coś będę chciała, prawda? Dlatego lepiej nie przyjmować czyjejś pomocy. Licz tylko na siebie, a będziesz miał czyste konto. Bez zobowiązań.
Tak, wiem, co kraj, to obyczaj. Z grubsza jestem przyzwyczajona, zazwyczaj staram się wyłączyć moje polskie reakcje i zachowywać po szwedzku (tym razem mi się nawet udało :-). Ale mimo wszystko zawsze mnie zatyka, jak się nadziewam na tego typu różnice kulturowe... Tym bardziej, że w moim własnym domu...
...dużo się jeszcze muszę nauczyć :-)))

2008-09-21

Zwykła niedziela - En vanlig söndag


Wojna gęsi kanadyjskich z łabędziami. Gęsi w defensywie. Nie, nie wiem, co gęsi kanadyjskie robią w Szwecji. Może im się baterie w kompasie skończyły, jak leciały z ciepłych krajów???
Brödkriget mellan kanadensiska gäss och svanar. Jag hejade faktiskt på svanarna den här gången, gässen tycker jag är liiite läskiga…
Ostatnio mało dłubię; kombinacja praca/studia/dom/treningi działają na mnie niestety średnio kreatywnie... A na zdjęciu jedyny plus dojazdów - moja koronka do obrusa po babci ruszyła z małego, ale jednak kopyta :-) Szydełko i koronkę z powtarzającami się motywami łatwiej wyciągnąć w autobusie, niż sweter na drutach...
Det har inte varit mycket stickande/virkande/stickcaféer den sista tiden. Orsaken är banal – plugget plus jobbet plus hemmet plus träningen kräver sin tid. Naja, när jag åker buss tar jag fram min lilla virkade spets och fortsätter med den; det är ett enkelt mönster och det kräver inte lika mycket utrymme som mitt aktuella stickprojekt.
***

Podsłuchane, podpatrzone - Tjuvlyssnat, tjuvtittat
1. Miejce akcji - sklep z materiałami dla hobbystów. Nie wiem, za co Starszy Pan płacił, ale tłumaczył się sprzedawczyni w następujący sposób: "Ja tu właściwie wszedłem z wnukami tylko popatrzeć... ale tak mi się to spodobało, że muszę sobie to kupić i samemu spróbować!".
2. Wirusowo nadziałam się na jakiś hamerykański tokszoł w telewizorze. Pani cukierniczka miała w planach zrobienie jakiejś gigantycznej mordoklejki (z polewą z karmelu, białej czekolady i, jakby jeszcze było mało, z posypką z orzechów). Nasypała do michy, co miała nasypać i zaczęła apetycznie miesić w dzieży gęsto złotoupierścienionymi pulchnymi łapkami. Na co prowadząca szoł zdziwiona: "Jak to, nie zdejmujesz pierścionków???". Pani cukierniczka: "Nieeee, ja je potem bardzo lubię oblizywać!".

1. På Panduro; en äldre herre förklarar för försäljaren (jag vet inte vad han skulle köpa): "Egentligen gick jag bara in med mina barnbarn... men när jag såg det här så måste jag ju köpa det och prova själv också!".
2. En amerikansk talk-show. Gästen, en kvinnlig konditor, skulle göra någon gigantisk godiskula. Godiset skulle bestå av socker, socker, socker och sedan kola, vit choklad och strö ovanpå. Hon tog stora mängder av allt i en bunke och med sina runda fingrar, prydda med massor med guldringar började hon knåda geggan. Värden frågar förvånad: "Men tar du inte av dig dina ringar???" - "Nej, jag tycker jättemycket om att slicka dem efteråt!".

2008-09-14

Łikent z guru - En helg med två gurus

Sobota - guru num(m)er 1 - Lördag
Pat Hendricks
We środę na treningu rozkrwawiłam palec w stopie. Zeszłam z maty, żeby się oplastrować, a tam niechcący trafiłam w szpony Matsa. Który to Mats z oburzeniem zauważył, że nie będę na łikendowym zgrupowaniu z Pat Hendriks. No i jak to tak może być? No jak dla mnie, to mogło być bez problemów, bo ja na ten łikent plany miałam następujące: spać, snuć się, nicnierobić, ewentualnie z lekkim nalotem kurzodomowienia. Mało bojowe nastawienie, znaczy. No ale Mats mnie przypiął do muru, a ja z chłopami takimi jak Mats, (tzn. dwumetrowymi i dwa razy cięższymi) raczej nie dyskutuję. Więc (jęcząc w duszy) wykrztusiłam, że "no dobra, mam STRASZNIE dużo do zrobienia, ale jakoś się spróbuję wyrwać".
Pozostało mi tylko przekonanie Johana, że moja obecność na zgrupowaniu jest absolutnie niezbędna. Przyszłam do domu, zrobiłam mu kanapkę i nieśmiało zaczęłam: "A bo w łikent jest zgrupowanie... w niedzielę jest trening z bronią... cały dzień... bo ja bym baaardzo...". Na co Johan oburzony, że przecież w niedzielę mamy jechać do lasu, RAZEM, a ja tu taki numer mu wywijam. Kalosze w jednej ręce, koszyk na grzyby w drugiej, a ja go zostawiam i lecę się bić. No więc z rozpaczą w głosie oznajmiłam: "ojej, ja nie wiem... może mogłabym podejść w sobotę na to zgrupowanie chociaż na chwilę?". "W sobotę to możesz iść na cały dzień, ale w niedzielę NIE!".

..........OK, sobota mi też pasuje :-)))
Kto to jest Pat Hendricks? To jedyna kobieta z tak wysokim stopniem w aikido. No i w dodatku jedna z niewielu na osób na świecie, która w ogóle aż tak wysoki stopień ma... Tutaj jest jej oficjalna strona, a niżej krótki filmik z nią (niezbyt dobry, ale nic lepsiejszego mi się niestety nie udało znaleźć):
Då var det dags för ett aikidoläger med Pat Hendricks! Från början skulle jag inte vara med alls på det, men jag blev övertalad (läs: fick inte tacka nej :-) att komma och träna. Och det var inte alls fel – jag har lärt mig jättemycket där. Det var verkligen kul att se Pat, hennes aikido och hennes sätt att undervisa. Jag blev klart inspirerad av de fyra pass som jag fick vara med på. De mjuka, flytande rörelserna, den koncentrerade energin, elegansen… naja, en stor inspirationkälla helt enkelt! Jag har inte lyckats hitta en _bra_ film med henne så det får bli den här:







Aikido to nie jest tylko trening fizyczny, ale i mentalny - albo jestem atakowana, albo się muszę bronić przed czyimś atakiem. Czyli trzeba się skoncetrować i wiedzieć, co się robi i po co. Tempo było ostre, ale trening fantastyczny. Cała Pat to jest aikido: skoncentrowana energia, płynność, spokój, balans i perfekcyjna technika. Po w sumie jakichś siedmiu godzinach treningu wróciłam do domu prawie na czworakach, ale za to baaardzo zadowolona. No i i wyjątkowo pokojowo nastawiona do świata :-))).
***Niedziela - guru num(m)er 2 - Söndag
Pelle Holmberg
W Polsce zbieranie grzybów to sport narodowy. W Szwecji matomiast grzyby długo były traktowane jako pasza dla zwierząt (!!!); NIKT z naszych znajomych nie zbiera, a na nasze łażenie po lesie reagują "Aha, fajnie, ale ja się na grzybach nie znam!". Johan też się nie znał, ale po paru wycieczkach do lasu ze mną złapał bakcyla. A że on lubi wiedzieć także teoretycznie, co robi, to zaczął się doszkalać na własną rękę. No i skutek jest taki, że tej chwili zna więcej gatunków, niż ja, a w ramach - powiedzmy - rozwoju osobistego zameldował nas oboje na tą niedzelę na... kurs grzybowy. I to z nie byle jakim instruktorem - Pelle Holmberg jest biologiem, napisał ponad 20 książek o przyrodzie, no i najważniejsze - jest grzybowym ekspertem w Szwecji.
Kurs zbieractwa wyglądał w ten sposób, że cała grupa (około 20 osób) pojechała do lasu. Pelle zarządził, że każdy idzie w swoją stronę i zbiera co mu/jej w ręce wpadnie. Zbiórka za pół godziny, po czym on po kolei podchodzi do każdego i sprawdza, co kto nadarł. Po czym jedziemy do innego lasu, gdzie są inne gatunki i robimy dokładnie to samo. Ojojoj, co się tam działo... :-)))Muchomory u innych leciały gęsto, niektórzy byli święcie przekonani, że podgrzybki są trujące, no bo przecież niebieszczeją po dotknięciu. Pelle mi zwinął z koszyka pięknego prawdziwka, żeby pokazać wszystkim, jak się je czyści: najpierw obkroił dwucentymetrowy kant (!!!) z kapelusza, po czym obłupał i wyrzucił rurki od spodu. Na mój głośny protest popatrzył na mnie zdziwiony i spytał "to ty tak nie robisz?". Yyyyy - NIE! My problemów z koźlarzami nie mamy, więc raczej się skoncentrowaliśmy na nauce blaszkowców. Hmmm.... jakoś albo te blaszkowce są trudne, albo ja odporna na wiedzę :-)))
Vi bokade platser på en svampkurs med Pelle Holmberg. Johan och jag var ute efter att lära oss mer skivlingar; soppar kan vi ganska väl redan nu. Det var hur kul som helst att vara där – man skulle ut i skogen, plocka allt man var nyfiken på. Sedan gjorde Pelle en genomgång vad det var för sort och hur man kunde identifera den på egen hand (för de flesta i gruppen gällde det att slänga bort det mesta på en gång, tyvärr). Man fick också tips för matlagning, vad man använder vissa sorter bäst till. Och den här delen var jättebra, man vet ju inte alltid vad man ska göra med den svamp som man har hittat. En rolig och lärorik utflykt, tyckte vi!

Pelle w akcji - Pelle förklarar
***
Duży PS: Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze i wiadomości od Was. Miło mi, że to co robię na drutach się komuś podoba i że to, co piszę, czyta ktoś więcej, niż tylko ja ;-). Na pytania i nie tylko będę od dzisiaj odpowiadać w komentarzach (tzn. sama sobie będę komentować :-))) - chyba tak będzie najłatwiej.