2015-02-08

Playa de Amadores, Gran Canaria


Tygodniowa wyprawa w ramach doświetlania. Wygrzewania w sumie też :-)

1.

Pierwszego dnia rekonesans po okolicznych górkach. Chcieliśmy sprawdzić, czy mała w ogóle jest zainteresowana takimi wycieczkami.



Ewa siedziała w nosidle turystycznym, trzeba było dość często dobić przerwy. A w czasie przerw zwiedzała trochę na własną rękę.


"MUUUU!!!"

2. Roque Nublo

Jeżeli się jedzie samochodem, to jest to prawdę mówiąc spacer. Parking jest ok. 1100 metrów od wejścia na szlak. Jeżeli się jedzie autobusem, to po przybyciu na przystanek trzeba na piechotę zasuwać kawałek pod górkę i przecinać serpentyny.



Samo podejście jest bardzo łatwe. Ot, ścieżka w lesie. Niemieccy emeryci dawali radę bez problemu :-) A na górze widoki fantastyczne...




 



3.
Szlak johanowej kompozycji, zmontowany w trzech odcinków. Punkt startu i zakończenie w tym samym miejscu, czyli na parkingu przy Mirador de Becerra.

Pierwszy odcinek to zejście do wąwozu Barranco de la Mina. Miejscami wąsko, ślisko i glinasto. Trzeba uważać.


Drugi odcinek był piekielnie nudny. Trzeba iść na skróty przecinając serpentyny, ruch samochodowy bardzo duży. Szlak praktycznie rzecz biorąc nieoznaczony, więc łatwo z niego zejść. No i wtedy trzeba lecieć na przełaj po krzakach. W związku z tym z dumą donoszę, że udało mi się w styczniu wylądować w krzaku pokrzyw. Do tego zaczęła się paskudnie psuć pogoda. Nadciągnęły gęste chmury...


I bardzo dobrze, że nadciągnęły, bo jak weszliśmy już na ostatni odcinek, to Natura zaprosiła nas na fenomenalne przedstawienie.



Łkając ze wzruszenia donoszę, że dołączyłam do grona vlogerów. Chyba.

Film kręcony z ręki, z tableta, w lodowatym wietrze.



Widowisko było nieziemskie, ale niestety trzeba było uciekać. Gdy dotarliśmy w końcu do Mirador Degollada de Becerra termometr w samochodzie pokazywał całe dziewięć stopni. Dotarliśmy do samochodu i po raz kolejny stwierdziłam, że dziecko karmione piersią to dziecko zadowolone niezależnie od okoliczności i temperatury :-)
***
Plaża? Z piaskiem koralowym, co prawda sztucznie zrobiona, ale oczywiście, że była...


...przez jakieś trzy minuty, na czas zanurkowania w owym koralowym piasku. Po trzech minutach Dziecina złapała książkę ze zwierzątkami i udała się (jak zwykle) w bliżej nieokreślonym kierunku. Popatrzyliśmy na siebie wymownie z Johanem, zebraliśmy dobytek i udaliśmy się w pogoń.

***
Sprzęt umożliwiający wycieczki: nosidło Vauden, z częścią bagażową. Idealne dla nas, bo w zwykłym nosidle naszych kochanych jedenastu kilo przez tyle kilometrów już nie ponosilibyśmy. Dziecina siedzi wysoko, wisi na prawo lub na lewo, więc wszystko widzi - co uwielbia. Siedzi, patrzy, śpiewa melodię "i gęsiego sobie szły"", no i oczywiście gaduli bez przerwy. Jak nie gaduli, to znaczy, że śpi. I wtedy bardzo się przydaje taka samolotowa dmuchana poduszka zakładana dookoła karku :-)


Reakcje ludzi na bacznie obserwującą wszystko i monologującą Ewę były bardzo pozytywne. Wszyscy najpierw z rozpędu pozdrawiali, jak to na trasach bywa. W sekundę po tym, jak zdawali sobie sprawę, że ten ruszający się plecak to nie plecak, to DZIECKO, to aż podrygiwali z uśmiechem. Innych półtoraroczniaków na trasie nie zaobserwowaliśmy :-)
***
Podsumowując: miejsce bardzo fajne, przyjazne dla dzieci. Temperatury w okolicach 15-20 stopni w zimie, co nam akurat bardzo odpowiadało. Rozmawialiśmy z kelnerką w restauracji, powiedziała nam, że temperatury w tym roku są wyjątkowo niskie.

Jest mnóstwo atrakcji, i dla dzieci, i dla dorosłych, także (według mnie, oczywiście) niezależnie od zainteresowań coś można dla dla całej rodziny wybrać. Jedyny problem to podróż, od nas lecieliśmy sześć godzin. Z dwójką intensywnie gimnastykujących się dorosłych oraz Maszą na tablecie Ewa dała radę, ale sama z dzieckiem na taką podróż bym się jednak już w tej chwili nie decydowała.
***
A co teraz, po takich wakacjach?

W środę zaczynamy introdukcję w żłobku. Johan wraca za dwa tygodnie do pracy.

Nowy etap dla nas wszystkich.

2015-02-06

Valentina Lisitsa/Rachmaninow

Dawno relacji z koncertu nie było. Nie dlatego, że nie chodziłam, ale doby mi brakuje na pisanie.... Na spanie zresztą też...

Bilet kupiłam w sierpniu. Pianistki wcześniej nie znałam (wstyyyd!). Jak zobaczyłam w programie, że Baba gra trzeci Rachmaninowa (czytaj: postrach pianistów), to stwierdziłam, że takiej okazji nie można przepuścić i że na pewno jest dobra :-)

Od pierwszych taktów widziałam, że jest obłędna technicznie i nieprawdopodobnie muzykalna. Wszystko blisko klawiatury perfekcyjnie dograne, niesamowita ekspresja. Ale jak dochodziło do piętrowych akordów, to jakoś mój entuzjazm przygasał. Niby wszystko było, na jakość fortepianu poprawkę brałam, ale te akordy były strasznie siłowe. W pewnym momencie pomyślałam, że chciałabym ją jeszcze usłyszeć w czymś innym, żeby w pełni docenić jej możliwości.

No to usłyszałam, bo na bis zagrała Campanellę. Wygląda na to, że to jej paradny numer. I później nie miałam już żadnych pytań :-)



Aha. Z mściwą satysfakcją donoszę, że drewno jak zwykle nie stroiło. Czasami naprawdę mam ochotę wstać z krzesła i na nich nawrzeszczeć :-)