2015-09-12

Migawki

Jakiś czas temu czytałam ten wpis. A przypomniało mi się o nim wczoraj, bo byłam świadkiem ciekawej sytuacji:

Idę sobie ulicą, mijam grupę na moje oko czterolatków z paniami na spacerze. Z naprzeciwka nadjeżdża samochód policyjny i widzę, że zwalnia. Myślę sobie instynktownie "Coś się stało?"

Nie, nie. Policjanci (dwóch młodych, roześmianych panów) zatrzymali samochód przy krawężniku, wychylili się z okna i dziarsko wykrzyknęli "Cześć, dzieci!". Po czym włączyli _cały_ zestaw dyskotekowy i ku dziko wyrażonemu zachwytowi publiczności, połypali na niebiesko. Jak już połypali w pełnej krasie, to dzieciom pomachali i pojechali dalej.

Znając szwedzką powagę, jeżeli chodzi o instrukcje, rutyny i przepisy, to wątpię, żeby to była jakaś odgórna akcja pedagogiczna tutejszej policji. Oni najwyraźniej świetnie się bawili widząc reakcję dzieci. A na zdrowy rozsądek to biorąc, to punktów u dzieciaków na przyszłość nałapali :-)

***


Taaaaaakie cudo dziś znaleźliśmy. W Szwecji nie jest pod ochroną, ludzie zbierają i jedzą. My nie - po dwukrotnej próbie przyrządzenia stwierdziliśmy, że po prostu nie wiemy, JAK to ma smakować i lepiej niech sobie ozdabia las. Za to nazbieraliśmy kurek :-)

2015-08-16

Istulpan


Rok temu wyglądała TAK.
Niecałe trzy miesiące temu wyglądała TAK.
A od zeszłego tygodnia wygląda tak:



"Na której ścianie ją powiesisz?" - by Niezawodny, oczywiście. W tle czają się KURAKI. W oryginale były jeszcze chwosty w rogach. Wyobraziłam sobie, jak Córeńka pracowcie i wytrwale wydłubuje nitkę po nitce z takiego chwosta i jednak odpuściłam.

Hmmmmm... Haft wełniany, na filcu wełnianym, poduszka wypchana czesanką wełnianą... Oj, żeby nie było jak w TYM ODCINKU Maszy!

2015-08-13

Wyjazd w góry

Tegoroczny wyjazd. Dla mnie po trzyletniej, natomiast dla Johana aż po dwutygodniowej przerwie :-) Trasa mało intensywna w tym roku - pięć dni, 16 plus 17 plus 20 kilometrów, z dwoma dwudniowymi postojami na zajęcia w podgrupach. W dodatku dopasowywaliśmy się na bieżąco pod potrzeby małej i uwzględnialiśmy kaprysy pogody. 



Tym razem mieszkaliśmy w schroniskach: Storulvån, Sylarna i Gåsen. Te dwa pierwsze to prawdę mówiąc przypominały hotele, z dziatwą wieczorami wiszącą stadami na korytarzach i tnącą w gry na komórkach włącznie. W schronisku Gåsen warunki już były bardziej spartańskie. Tam właśnie zrewidowałam swój dotychczasowy szczyt luksusu: deska klozetowa w wychodku 20 metrów od budynku sypialnianego była ze styropianu. Jippi.


Nieodłączny element krajobrazu, czyli renifery. W słoneczne dni idą na płaty śniegu - po pierwsze jest im za gorąco, po drugie na śniegu nie ma komarów. To stado na zdjęciu miało około 100 sztuk.



Cytat z internetów  on: "Karmienie piersią ogranicza i jest się uwiązanym". Cytat z internetów  off. W moim przypadku byłam uwiązana smyczą o długości 1426 metrów n.p.m. Jak na moje potrzeby to w zupełności wystarczyło :-)


Dzieci: najmłodsza napotkana dziewczynka miała sześć miesięcy :-) Spotkaliśmy też rodzinę, w składzie mama, tata, czwórka dzieci w wieku od czterech do jedenastu lat i duży pies. Rodzina spała w dwóch namiotach. Namioty są prawdę mówiąc najlepszym rozwiązaniem w przypadku dzieci, które już mogą kawałek przejść same, nie robiąc przy tym dogłębnych analiz każdego znalezionego kamienia. Idzie się tyle, ile fabryka dała, a jak już kogoś bolą nogi, to rozbijamy obóz. Młodsze dzieci, w tym i nasza Jaśnie Panna, były w nosidłach. A jak widać na zdjęciu umiejętność przystosowania się do aktualnych okoliczności dzieci raczej posiadają.



Rzeka do chodzenia w bród. Problemów tym razem nie było :-P

Jazda: podróż samochodem, około 700 kilometrów. Przy czym prowadzenia nie ułatwiają nierównomiernie porozstawiane przy trasie łosie. Stoją takie szafy pięć metrów od drogi, żują i kontemplują samochody przejeżdżające im przed nosem z prędkością 110 km/h. Pierwszego powitałam okrzykiem radości, obecność drugiego stwierdziłam, na trzeciego już warczałam "Stój, gdzie stoisz i mi nie wylatuj pod koła".


Dalsze plany wędrownicze już są - trzeba wykorzystać zacięcie co poniektórych uczestników :-)

2015-08-10

Pierwsze krokodyle za płoty


To znaczy jakiś rok temu uszyłam sowy. Po roku _intensywnego_ używania sowy w dalszym ciągu są w jedną z częściej nakładanych części garderoby. Pozwolę sobie więc zadać głupie pytania: dlaczego podkoszulka 1) uszyta przez kompletną amatorkę, 2) bez doświadczenia i trzy razy wczytującą się w opis z jedną gwiazdką, 3) na prościutkiej maszynie, w przeciwieństwie do kupionych ubranek dziecięcych 1) daje się doprać, 2) nie ma zwichrowanych szwów, 3) rozciągnęła się o tyle o ile, ale 4) w dalszym ciągu pasuje? Pytania retoryczne, nie trzeba odpowiadać - przynajmniej nie mi...

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc rozochocona sukcesem sów uszyłam...


...KUKIIIII!!!!

 Materiał: 98 % bawełny, 2 % elastanu, z ceryfikatem ekologicznym, cokolwiek by to miało znaczyć. Poszłam po coś innego do sklepu z materiałami, ale jakoś tam samo mi się podeszło do stoiska dziecięcego. Jak zobaczyłam ten materiał, to zaczęłam rechotać. Albowiem moje dziecko: uwielbia różowy i uwielbia krokodyle (sic!). Czyli wyszło, że takiej kombinacji naprawdę nie mogłam odpuścić :-D


Wzór: bardzo fajny, ten sam, co sowy, ale dwa rozmiary większy. Pochodzi z gazety Ottobre. Wydają sześć numerów rocznie, cztery z wykrojami dziecięcymi i dwa z damskimi. Ten wykrój, z którego ja szyłam jest naprawdę prosty i sensownie opisany - czyli dla mnie idealnie :-)


Koszulka leżała gotowa na kanapie, miałam ją uprasować i schować do szafy (jest za ciepło na długie rękawy w tej chwili). Ale mała się obudziła, zobaczyła, zawrzasnęła "KUKIIII" i nie było przeproś, trzeba było zakładać na popołudniowy spracer.


A ponieważ dziecko mi powyrastało, więc w następnej kolejności... tukany :-)

2015-07-10

Shoulder shawl in Syrian pattern

En kort sammanfattning på svenska: en överraskningspresent till min svägerska. Sjalen stickades och plåtades redan i juni. Jag letade ganska länge efter Det Perfekta Gröna Garnet, jag hittade det på Garnkorgen till slut. Och det är ett perfekt garn, Lorna´s Lace, Helen´s Lace. Färgerna är helt fantastiska, garnet är mycket drygt - en stor sjal väger bara 66 gram. Det kan alltså bli en sjal till av samma härva. Det var även svårt att hitta ett lämpligt mönster. Det fick vara något riktigt enkelt, som skulle framhäva de vackert skiftande färgerna: Shoulder shawl in Syrian pattern från boken Victorian Lace Today.

***
Wytyczne były następujące:

Trójkątna.
Szara, zielona albo niebieska.
Zwiewna i koronkowa.
Nie za duża.


 Może być? Może???

Włóczka: długo szukałam Idealnego Zielonego o grubości lace. No i znalazłam: Lorna' s Lace, Helen's Lace, czyli ręcznie farbowana, 113 gram na 1100 metrów. 50 % wełny, 50 % jedwabiu.


Przepiękne farbowanie, włóczka świetnej jakości. Jest droga, ale piekielnie wydajna - na ten szal, który jest duży (większy, niż planowany), zużyłam 66 gram. Czyli  tego, co mi zostało, mogę spokojnie zrobić coś jeszcze.


Wzór: kupiłam w sumie dwa, zaczęłam, prułam. Nie to, i nie to. Siadłam, pomyślałam, pomyślałam, że jakbym paliła, to bym zapaliła i szkoda, że jestem za stara, żeby zacząć. Po czym nastąpił powrót do źródeł, czyli... Victorian Lace Today. Książka, do której mam ogromny sentyment, bo dzięki niej wróciłam po kilkuletniej przerwie do dłubania. Bo zanim mi wpadła w ręce, to nie wiedziałam, że taaaakie rzeczy można robić na drutach :-) (No dobra, studiowałam też i ręce miałam zajęte :-)

Wzór się nazywa Shoulder shawl in Syrian pattern, jest z 1891 roku. Wzór koronki brzegowej jest z materiałów z 1890 roku. Przy tak bogatym cieniowaniu - kolory przechodzą od seledynowego, przez groszkowy, kolor wiosennych liści, świerkowy do ciemnej, zgniłej zieleni - nie było sensu się bawić w jakieś skomplikowane wzory. Najprostsze z możliwych, prawe oczka z narzutami, żeby rozbić strukturę. Koronka brzegowa ma wzór dwustronny i tu się trzeba było trochę pobawić.

Blokowanie: tradycyjnie pokazuję ten sam fragment przed...


...a tutaj po blokowaniu.


Modyfikacje: chustę się dało robić w pociągu. Po czym trzeba było dorobić koronkę, też w pociągu. Zaczęłam według wzoru i... poddałam się. Tu mi spadło oczko, tu drut wypadł, tu trzeba przekręcić, tu się nić zaplątała i tak dalej. Odpuściłam. Zrobiłam brzeg osobno i przyszyłam graftingiem. Mam nadzieję, że nie nawiedzą mnie za ten grzech jakieś wściekłe duchy wiktoriańskie i nie podrzucą mi do łóżka jakiegoś metalowego drutu numer 1,25 mm...


To teraz trzeba dopytać:

Wzory geomteryczne, czy roślinne?
Włóczka jednolita, czy cieniowana?
Trójkątna, czy może być po łuku/jak rogalik?

2015-06-29

Status prawie trójlipcowy


En kort sammanfattning på svenska: jag har tagit fram ett yllebroderi igen som jag påbörjade för två somrar sedan, när jag var gravid. Jag lovade mig själv förra året att juli 2015 skulle ägnas åt att slutföra det. Jag har lyckats att brodera klart det redan nu, det som är kvar att sy ihop fram- och bakstycket och stoppa in fyllningen. En uppdatering med en färdig kudde kommer alltså så småningom!

***
O statusie dwulipcowym można przeczytać TUTAJ.

Remont się nam przydarzył, a w związku tym wypatroszenie Szafy Przepastnej. W szafie były między innymi moje rzeczy robótkowe, a więc i ten haft. Słowo się rzekło, jeżeli coś obiecałam rok temu, to trzeba było się tym zająć w lipcu 2015.

Popatrzyłam, wzięłam igłę. Siadłam na balkonie jeden wieczór - zrobiłam połowę reszty jednej rozety. Siadłam na balkonie drugi wieczór - dokończyłam tę rozetę. Hmmm... czyżby na dokończenie calego haftu potrzeba mi w sumie osiem dni?


No dobra, dziewięć dni mi trzeba było. Jednego dnia mi się nic a nic, ale to naprawdę NIC nie chciało. W tej chwili mam przestój z przyczyn technicznych, bo postanowiłam iść z duchem epoki i wypchać poduszkę czesanką wełnianą. Hodowczyni Łowiecek czesankę o jakości i cenie adekwatnych do celu już wysłała, czekam aż dojedzie.

Remont pokoju małej już skończony, a na pytanie "To co ty teraz będziesz robić?" odpowiedziałam "Chyba wezmę i posprzątam" :-)

2015-06-11

Ellen Christine


En kort sammanfattning på svenska: min tredje tröja med norska mönster, definitivt inte den sista. Den här är jag mest nöjd med, det beror säkert på att jag har läst på ordentligt innan jag börjat sticka den. Mönstret kommer från häftet "Norska ikoner", nummer 38 från Sandes garn. Av ett rent misstag stickade jag själva mönstret i ett tjockare garn (Alpakka) än bakgrunden (Mini alpakka), det har påverkat stickfastigheten. Ett riktigt roligt projekt, dottern delar tyvärr inte min glädje - hon tvärvägrar att ta den på sig av någon anledning. Vi får väl vänta med bilderna på henne i tröjan fram till hösten :-)

***
Mój trzeci sweter z wzorami norweskimi. Pierwszy był zrobiony w erze przedblogowej, wyświechtałam biedaka na amen. O drugim można poczytać TUTAJ - używałam go nawet tej zimy. Ten trzeci, czyli Ellen Christine, mi wyszedł najlepiej z nich wszystkich, ale po prostu poczytałam, co i jak _zanim_ złapałam za druty :-)


 Wzór: z zeszytu Sandnes Garn, Norske ikoner barn, numer 38. W zeszycie jest jeszcze sześć modeli dziecięcych, które bardzo mi się podobają, rozmiary na wiek od dwóch do dwunastu lat. Czyli zakup należy traktować jako inwestycję na najbliższe dziesięć lat :-D

Włóczka: najpierw przydługa dygresja. Poszły "po mieście" plotki, że ma być wyprzedaż włóczek w jednym ze sklepu, tak 40 - 50 %. Właściciel po operacji kręgosłupa nie był w stanie sklepem się zajmować. Chętni na kupno się oczywiście znaleźli, ale banki po kolei odmawiały im udzielenia kredytu! Tak więc właściciel musiał cały interes zlikwidować - i stąd taka wyprzedaż. Ja w tym sklepie raczej klientką nie byłam, bo mi po prostu nie było po drodze, ale stwierdziłam, że podjadę i zobaczę, co mają. Były głównie włóczki Sandes, z czego najbardziej podeszła mi ich alpaka. Wcześniej spisałam na karteluszku, że chcę akurat _ten_ zeszyt z wzorami, _tę_ włóczkę, do _ tego_ jednego, konkretnego modelu. Ale jak otworzyłam broszurę z wzorami na miejscu, to... musiałam, po prostu musiałam zrobić Ellen Christine :-) Także wyszłam z włóczką i na Ellen, i na ten, który wcześniej upatrzyłam... i na jeszcze jeden. Koniec przydługiej dygresji.

Sweter zrobiony z alpaki, ale. W sklepie dostałam oczywiście małpiego rozumu i amoku. No i coś mi się wzięło i pomieszało i kupiłam czerwoną alpakę 100 metrów na 50 gram i... białą mini alpakę, 150 metrów na 50 gram! W trakcie roboty jakoś tak mnie tknęło, że dziwnie się to układa, jak jeszcze raz popatrzyłam na banderolki, to zrozumiałam, czemu. W sumie dobrze, że mam cieńszą włóczkę w tle, a grubszą we wzorze - gdyby było odwrotnie, to wzór mógłby mi "wsiąknąć". Skutek jest taki, że sweter wyszedł mniejszy, niż planowany. Ale nic się nie stało - robiłam według opisu na cztery lata, więc i tak mamy margines :-)


Techniki: ten jest akurat robiony ściśle według wzoru, czyli najprościej, jak można. Nabieramy oczka, robimy ściągacz. Potem brzegi ściągacza odkładamy na agrafkę (lewy dolny róg), dobieramy oczka na steeka i jedziemy na okrągło. Po zrobieniu korpusu podbieramy oczka ze ściągacza, dokładamy oczka na podszycie listwy i robimy listwę na guziki (mam pozaznaczane miejsca na dziurki na guziki). Rękawy też na okrągło. Druty 2,5 mm i 3 mm. Czyta się szybko, robiło się półtora miesiąca - ale to dlatego, że złamałam zasadę jednorobótkowania.


Zdjęć na modelce nie będzie, bo ostatnio odmawia jakiejkolwiek współpracy w jakimkolwiek zakresie. W sumie się dziecku nie dziwię. Jakby mi WSZYSTKIEGO FAJNEGO zabraniali (wrzucania całej rolki papieru do toalety, wchodzenia na stół, wysypywania ziemi z doniczki, wyrywania roślin, malowania kredkami woskowymi po podłodze, ściągania noża kuchennego z blatu, zabierania sałaty ze stołu i wkładania jej do butów w przedpokoju i tak dalej), to też bym profilaktycznie była na nie :-)

2015-06-04

Cytat


"Tak się z pozoru wydaje, że Polska to duży kraj. (...). Zawsze byłem zdania, że sposób życia zależy od skali. Czy u nas było można zbudować prawdziwy socjalizm, jak w Rosji? Nie można było, proszę pana. Jak się nie ma Syberii, to gdzie pan będzie wysyłał tych wszystkich niewygodnych facetów? Najdalej chyba do Karpacza. Albo do Suwałk. Po dwóch dniach każdy może wrócić piechotą do domu. To był za mały kraj na sowiecki socjalizm, i jak się miało taki kurnik, to trzeba było inaczej planować zbawienie narodu."

A. Szczypiorski - Autoportret z kobietą

2015-05-22

Łamigłówki



Mówiłam, że mnie norweskie trole ugryzły :-)

Jeszcze tylko tak zwana RESZTA, na drutach 2,5 mm i w dodatku trzy steeki. Aha, z alpaki to wydłubane. Wzór jest koloru zgaszonego malinowego, nie wiem, na ile mój aparat/komputer to przekazuje.

Miłego łikędu!

2015-05-15

Härkeberga kyrka

Korzystamy z długiego łikendu. Pogoda okropna - zimno, pada i wieje, czyli typowy szwedzki maj. Na chodzenie w terenie ochoty nie mieliśmy. Na szczęście przypomniało mi się, co chciałam zobaczyć już w 2009 roku - ale mi  się jakoś wcześniej nie złożyło.

Albertus Pictor - najbardziej znany szwedzki średniowieczny malarz. Pochodził z Niemiec, mieszkał w Szwecji od 1473 roku aż do swojej śmierci w 1509 roku. Ozdobił około 30 kościołów. My pojechaliśmy do kościółka w Härkeberga, około 70 kilometrów od Sztokholmu.


Wybraliśmy Härkeberga, bo tam nikt na szczęście nie wpadł na pomysł, żeby średniowieczne malunki popoprawiać, albo nie daj Boże zamalować w całości. Po 1700 roku co prawda zamalowano wapnem części na ścianach, warstwę tę zdjęto w latach 30 ubiegłego wieku. Niestety zniszczenia są, widać to na zdjęciu powyżej. Sklepienie natomiast wygląda tak, jak Pictor je pozostawił.


W 1773 roku ktoś postanowił, żeby wsadzić do kościoła organy. Także niestety część malowideł jest przysłonięta, na chór wejść się nie da.


W kościele była pani (kościelna). Porozmawialiśmy z nią chwilę, spytałam, który z malunków jest jej ulubionym. Pokazała z uśmiechem na karmiącą Matkę Boską.


Czego tam nie ma: smoki, potwory, święci, nieświęci, opowieści biblijne, zawijasy. Spytaliśmy o kolory, na ile są zachowane. Pani kościelna powiedziała, że czarno-brunatny pigment się utlenił i w oryginale był czerwony przez jakieś sto lat od pomalowania. Trudno sobie to teraz wyobrazić, ale to sklepienie musiało aż kipieć od kolorów.


Mój ulubiony fragment, czyli wieloryb połyka Jonasza.


I to by było dzisiaj na tyle... :-)

2015-05-04

Ale za to niedziela...

Plany mieliśmy zupełnie inne, ale je nam pokrzyżowały choroby. Jak się trochę odchwyciliśmy, to spakowaliśmy manatki i udaliśmy się w pobliską zieloną dal.



Dla każdego coś miłego: Matka Wyrodna siedzi i w słońcu dłubie na drutach. Dziecko leży w tym czasie na środku dróżki i sprawdza, z czego się składa gruz. Biegacze i spacerowicze z uśmiechem i stoickim spokojem Dziecko starannie omijają. Pomysłowy Ojciec szura w tym czasie po krzakach i szuka kleszczy (albo one jego).

***


Ciasto rabarbarowo-migdałowo-kardamonowe. O smaku niech świadczy to, że upiekłam je drugi łikęt z rzędu, a to się u nas rzadko zdarza. A może nawet nigdy? :-)

***
Z cyklu "Szczyt profesjonalizmu"

Bardzo ważne spotkanie. Przy czym jakoś tak wyszło, że Główna Zainteresowana i Osoba Towarzysząca to Polacy, więc był potrzebny tłumacz dla reszty towarzystwa.

Spotkanie trwa, Główna Zainteresowana w pewnym momecie wybucha: "Przecież ja od tego wszystkiego to kota dostanę!". Osoba Towarzysząca, mrucząc: "No to niech on im tego kota teraz przetłumaczy".

Miłego życzę.
A, i nie dostawajcie kota :-)

2015-04-18

Co nagle, to po diable.

Ostatnio się zorientowałam, że na topie jest Slow Fashion. Odetchnęłam z ulgą i przedstawiam sweter wpisujący się w nurt. Może nawet więcej - ja mam sweter Extremely Slow Fashion.

Wersja pierwsza: za szeroki i za długi, po zrobieniu korpusu doszłam do wniosku, że włóczki to mi starczy na rękawy o długości jedenaście dziewiętnastych. Sprułam. Wersja druga: po zrobieniu korpusu doszłam do wniosku, że mam za szeroki podkrój rękawa. Sprułam. Wersja trzecia: zacisnęłam zęby, stwierdziłam, że niech się dzieje wola Nieba, ja się na czwarty raz nie piszę. Ale jakbym robiła jeszcze raz, to... ;-)

Włóczka: 100 % merynosa super wash, Life Style Zitron. Robilam na drutach 2,75 mm (ściągacze) i 3,5 mm (reszta). Włóczka jest ścisła, piekielnie sprężysta, o mocnym skręcie. Idealna do wszystkich plastycznych wzorów.


Farbowanie: oczywiście Zagroda :-) Wymyśliłam sobie kolory, poprosiłam grzecznie Martę i dostałam! Jak widzę na blogach prządek ręcznie farbowane czesanki, to zawsze się zastanawiam, jaki im z tego wyjdzie uwijec. Tutaj dostałam ręcznie farbowane cudo w precelkach i się zaczęlam zastanawiać, jaka mi to wyjdzie z tego dzianina. Jak wyszło, to widać na "próbce"... ekhem... Robiłam do drugi rząd z innego motka, poolingu (jak to będzie po polsku, kałużowanie? ;-) mi się nie udało uniknąć. Puryści melanżowi pewnie się zatrzęsą, dla mnie to żywe, mieniące się kolory :-)


Nowe techniki: three needle bind off. Zrobiłam, przymierzyłam i czem prędzej sprułam. Szwy przeciwpancerne poproszę i już. Poza tym standardowo: rękawy od góry, rzędy skrócone, tubular cast on/off, podszycie tasiemką... Takie tam dodatkowe dłubanie przez dodatkowe dwa tygodnie :-)


Wzór: panel z przodu jest dokładnie taki sam, jak z tyłu. Wzór z Walkers, oczywiście nie pamiętam, który tom :-)


2015-03-09

Kofteboken

Po nitce do kłębka, czyli w odmętach internetu.

Na fejsbukowej grupie robótkowej ktoś wrzucił zdjęcie z bloga lajfstajlowego na zasadzie "Zobaczcie, jaki fajny sweter". Weszłam, jak zobaczyłam i... zatkało mnie. Blog był norweski, zaczęłam czytać tekst (na tyle, na ile umiałam, oczywiście). Doczytałam się, że sweter zrobiony był przez teściową blogerki, a wzór pochodził z książki "Kofteboken". Aaaa, k-s-i-ą-ż-k-i! Zaczęłam grzebać dalej i się dogrzebałam do bloga jednej z współautorek, Liv Sandvik Jakobsen.

Liv jest frilansującą dziennikarką, ma bloga lajfstajlowego i wnętrzarskiego Livs Lyst (tutaj link). Jakiś czas temu wkleiła zdjęcie ze swojego domu. Na zdjęciu było krzesło, na oparciu krzesła wisiał sobie biało-granatowy sweter norweski, który Liv kupiła na pchlim targu. No i zaczęli do niej pisać ludzie - co to za sweter, czy wie, jak się nazywa wzór.

I tym sposobem wystartowało Den store koftejakten, czyli Wielkie polowanie na sweter (tutaj link). Ludzie zaczęli wyszukiwać wzory swetrów norweskich, zdjęcia, wygrzebywać i pokazywać swoje własne swetry, niektóre zrobione 40 lat temu. Maszyna ruszyła. Wystartowała fejsbukowa grupa Koftegruppa (tutaj link), gdzie ludzie pokazują, co dziergają, wklejają stare wzory, wklejają zdjęcia i tak dalej. Prawdę mówiąc to jest ta grupa, dzięki której nie wylogowuję się na stałe z Fejsbuka...


Liv sprawę pociągnęła dalej, we współpracy z duńską projektantką Lene Holme Samsøe własnym nakładem wydała książkę ze wzorami swetrów. Tak w ogóle wydanie własnym nakładem się okazało posunięciem genialnym, bo pierwszy nakład 7000 egzeplarzy wykupiono na pniu.

Ja jak zobaczyłam zdjęcia swetrów na blogu Liv to oczywiście książki sobie odmówić nie mogłam. Moje wrażenia? Jest fantastyczna. Siedzę, oglądam, kartkuję, próbuję coś zrozumieć z opisów, pomimo trudności językowych. Na szczęście zdjęcia są tak zrobione, że niektóre detale można podejrzeć bez konieczności wgryzania się w opisy. Dawno mnie nic tak nie zachwyciło i nie zainspirowało.

Swoją drogą, blogerzy jednak mają ogromną możliwość wpływu na ludzi. Z jednego swetra z pchlego targu zrobić akcję narodową na cały świat... Ciekawe :-)

***

Wiosna idzie!

2015-02-08

Playa de Amadores, Gran Canaria


Tygodniowa wyprawa w ramach doświetlania. Wygrzewania w sumie też :-)

1.

Pierwszego dnia rekonesans po okolicznych górkach. Chcieliśmy sprawdzić, czy mała w ogóle jest zainteresowana takimi wycieczkami.



Ewa siedziała w nosidle turystycznym, trzeba było dość często dobić przerwy. A w czasie przerw zwiedzała trochę na własną rękę.


"MUUUU!!!"

2. Roque Nublo

Jeżeli się jedzie samochodem, to jest to prawdę mówiąc spacer. Parking jest ok. 1100 metrów od wejścia na szlak. Jeżeli się jedzie autobusem, to po przybyciu na przystanek trzeba na piechotę zasuwać kawałek pod górkę i przecinać serpentyny.



Samo podejście jest bardzo łatwe. Ot, ścieżka w lesie. Niemieccy emeryci dawali radę bez problemu :-) A na górze widoki fantastyczne...




 



3.
Szlak johanowej kompozycji, zmontowany w trzech odcinków. Punkt startu i zakończenie w tym samym miejscu, czyli na parkingu przy Mirador de Becerra.

Pierwszy odcinek to zejście do wąwozu Barranco de la Mina. Miejscami wąsko, ślisko i glinasto. Trzeba uważać.


Drugi odcinek był piekielnie nudny. Trzeba iść na skróty przecinając serpentyny, ruch samochodowy bardzo duży. Szlak praktycznie rzecz biorąc nieoznaczony, więc łatwo z niego zejść. No i wtedy trzeba lecieć na przełaj po krzakach. W związku z tym z dumą donoszę, że udało mi się w styczniu wylądować w krzaku pokrzyw. Do tego zaczęła się paskudnie psuć pogoda. Nadciągnęły gęste chmury...


I bardzo dobrze, że nadciągnęły, bo jak weszliśmy już na ostatni odcinek, to Natura zaprosiła nas na fenomenalne przedstawienie.



Łkając ze wzruszenia donoszę, że dołączyłam do grona vlogerów. Chyba.

Film kręcony z ręki, z tableta, w lodowatym wietrze.



Widowisko było nieziemskie, ale niestety trzeba było uciekać. Gdy dotarliśmy w końcu do Mirador Degollada de Becerra termometr w samochodzie pokazywał całe dziewięć stopni. Dotarliśmy do samochodu i po raz kolejny stwierdziłam, że dziecko karmione piersią to dziecko zadowolone niezależnie od okoliczności i temperatury :-)
***
Plaża? Z piaskiem koralowym, co prawda sztucznie zrobiona, ale oczywiście, że była...


...przez jakieś trzy minuty, na czas zanurkowania w owym koralowym piasku. Po trzech minutach Dziecina złapała książkę ze zwierzątkami i udała się (jak zwykle) w bliżej nieokreślonym kierunku. Popatrzyliśmy na siebie wymownie z Johanem, zebraliśmy dobytek i udaliśmy się w pogoń.

***
Sprzęt umożliwiający wycieczki: nosidło Vauden, z częścią bagażową. Idealne dla nas, bo w zwykłym nosidle naszych kochanych jedenastu kilo przez tyle kilometrów już nie ponosilibyśmy. Dziecina siedzi wysoko, wisi na prawo lub na lewo, więc wszystko widzi - co uwielbia. Siedzi, patrzy, śpiewa melodię "i gęsiego sobie szły"", no i oczywiście gaduli bez przerwy. Jak nie gaduli, to znaczy, że śpi. I wtedy bardzo się przydaje taka samolotowa dmuchana poduszka zakładana dookoła karku :-)


Reakcje ludzi na bacznie obserwującą wszystko i monologującą Ewę były bardzo pozytywne. Wszyscy najpierw z rozpędu pozdrawiali, jak to na trasach bywa. W sekundę po tym, jak zdawali sobie sprawę, że ten ruszający się plecak to nie plecak, to DZIECKO, to aż podrygiwali z uśmiechem. Innych półtoraroczniaków na trasie nie zaobserwowaliśmy :-)
***
Podsumowując: miejsce bardzo fajne, przyjazne dla dzieci. Temperatury w okolicach 15-20 stopni w zimie, co nam akurat bardzo odpowiadało. Rozmawialiśmy z kelnerką w restauracji, powiedziała nam, że temperatury w tym roku są wyjątkowo niskie.

Jest mnóstwo atrakcji, i dla dzieci, i dla dorosłych, także (według mnie, oczywiście) niezależnie od zainteresowań coś można dla dla całej rodziny wybrać. Jedyny problem to podróż, od nas lecieliśmy sześć godzin. Z dwójką intensywnie gimnastykujących się dorosłych oraz Maszą na tablecie Ewa dała radę, ale sama z dzieckiem na taką podróż bym się jednak już w tej chwili nie decydowała.
***
A co teraz, po takich wakacjach?

W środę zaczynamy introdukcję w żłobku. Johan wraca za dwa tygodnie do pracy.

Nowy etap dla nas wszystkich.

2015-02-06

Valentina Lisitsa/Rachmaninow

Dawno relacji z koncertu nie było. Nie dlatego, że nie chodziłam, ale doby mi brakuje na pisanie.... Na spanie zresztą też...

Bilet kupiłam w sierpniu. Pianistki wcześniej nie znałam (wstyyyd!). Jak zobaczyłam w programie, że Baba gra trzeci Rachmaninowa (czytaj: postrach pianistów), to stwierdziłam, że takiej okazji nie można przepuścić i że na pewno jest dobra :-)

Od pierwszych taktów widziałam, że jest obłędna technicznie i nieprawdopodobnie muzykalna. Wszystko blisko klawiatury perfekcyjnie dograne, niesamowita ekspresja. Ale jak dochodziło do piętrowych akordów, to jakoś mój entuzjazm przygasał. Niby wszystko było, na jakość fortepianu poprawkę brałam, ale te akordy były strasznie siłowe. W pewnym momencie pomyślałam, że chciałabym ją jeszcze usłyszeć w czymś innym, żeby w pełni docenić jej możliwości.

No to usłyszałam, bo na bis zagrała Campanellę. Wygląda na to, że to jej paradny numer. I później nie miałam już żadnych pytań :-)



Aha. Z mściwą satysfakcją donoszę, że drewno jak zwykle nie stroiło. Czasami naprawdę mam ochotę wstać z krzesła i na nich nawrzeszczeć :-)

2015-01-09

I don't like mondays!


Szara eminencja okazała się być Swetrem Idealno-Perfekcyjnym. Do pracy, na zakupy, do bluzki, do podkoszulki, a ostatnio już tylko do owinięcia się w sobotni poranek szykując śniadanie. Ponieważ intenywne używanie na nim niestety widać, więc stwierdziłam, że trzeba zrobić godnego następcę.


Nowa technika: niniejszym wprowadzam nowy standard wykończenia swetrów, podszycie tasiemkowe w listwach z przodu! Mnóstwo pracy, ale naprawdę warto. Nie cierpię, jak mi się listwa z guzikami wyciąga w ząbki i falbanki, a tak mi się już zaczęło robić w Eminencji... No a poza tym jak powszechnie wiadomo to ja uwielbiam takie szczególiki :-) Miałam problem ze zrobieniem na maszynie ładnych dziurek, ale powalczyłam i jest... powiedzmy sensownie. Tutaj tutorial, który mi pomógł rozgryźć, jak takie podszycie zrobić.


Włóczka: Östergötlands garnspinneri. Ze swetra Fair Isle zostało mi trochę białej włóczki... i tak dalej :-) i tym sposobem mam już trzeci sweter. Naprawdę, naprawdę muszę poszukać jakiejś nowej faworytki... ale co poradzę, że co raz bardziej mi podchodzi nieobrabiana, surowa, podgryzająca wełna? Zwłaszcza po tym, gdy poczytałam, jak się obrabia wełnę, żeby była super wash (brzydkie traktowanie chlorem...). Druty 2,5 do ściągaczy i 3 mm do reszty.


Wzór: Dragon Skin z "Treasure" Walkers, niestety nie pamiętam, z którego tomu. Próbowałam go znaleźć wertując którąś część, ale skończyło sią na tym, że znalazłam następny super wzór, który by pasował do tej włóczki.

Nazwa: w skrócie rzecz ujmując - mam nową pracę, w której mam cywilne ubrania. Poniedziałki to dla mnie dni krytyczne, między innymi dlatego, że lokale są po łikędzie wyziębione. W poniedziałki mamy w pracy po prostu zimno, jak w przysłowiowej psiarni. No i potrzebny mi był jakiś rozpinany, mały, prosty sweter...



Zdjęcia robione na balkonie, bo skoordynowanie Dziecka, Drzemki Dziecka, Chłopa Z Aparatem, Słońca, Wolnego, Bezwietrznej Pogody no i na końcu mnie przekroczyło niestety moje możliwości. Nic to, wiosna idzie, będzie cieplej i jaśniej!

***
Zgodnie z zasadą "lepiej późno, niż wcale" życzę wszystkim Wytrwale Zaglądającym wszystkiego najlepszejszego w tym roku. I w następnym oczywiście też. I w następnym, i rok później... :-)