2015-08-13

Wyjazd w góry

Tegoroczny wyjazd. Dla mnie po trzyletniej, natomiast dla Johana aż po dwutygodniowej przerwie :-) Trasa mało intensywna w tym roku - pięć dni, 16 plus 17 plus 20 kilometrów, z dwoma dwudniowymi postojami na zajęcia w podgrupach. W dodatku dopasowywaliśmy się na bieżąco pod potrzeby małej i uwzględnialiśmy kaprysy pogody. 



Tym razem mieszkaliśmy w schroniskach: Storulvån, Sylarna i Gåsen. Te dwa pierwsze to prawdę mówiąc przypominały hotele, z dziatwą wieczorami wiszącą stadami na korytarzach i tnącą w gry na komórkach włącznie. W schronisku Gåsen warunki już były bardziej spartańskie. Tam właśnie zrewidowałam swój dotychczasowy szczyt luksusu: deska klozetowa w wychodku 20 metrów od budynku sypialnianego była ze styropianu. Jippi.


Nieodłączny element krajobrazu, czyli renifery. W słoneczne dni idą na płaty śniegu - po pierwsze jest im za gorąco, po drugie na śniegu nie ma komarów. To stado na zdjęciu miało około 100 sztuk.



Cytat z internetów  on: "Karmienie piersią ogranicza i jest się uwiązanym". Cytat z internetów  off. W moim przypadku byłam uwiązana smyczą o długości 1426 metrów n.p.m. Jak na moje potrzeby to w zupełności wystarczyło :-)


Dzieci: najmłodsza napotkana dziewczynka miała sześć miesięcy :-) Spotkaliśmy też rodzinę, w składzie mama, tata, czwórka dzieci w wieku od czterech do jedenastu lat i duży pies. Rodzina spała w dwóch namiotach. Namioty są prawdę mówiąc najlepszym rozwiązaniem w przypadku dzieci, które już mogą kawałek przejść same, nie robiąc przy tym dogłębnych analiz każdego znalezionego kamienia. Idzie się tyle, ile fabryka dała, a jak już kogoś bolą nogi, to rozbijamy obóz. Młodsze dzieci, w tym i nasza Jaśnie Panna, były w nosidłach. A jak widać na zdjęciu umiejętność przystosowania się do aktualnych okoliczności dzieci raczej posiadają.



Rzeka do chodzenia w bród. Problemów tym razem nie było :-P

Jazda: podróż samochodem, około 700 kilometrów. Przy czym prowadzenia nie ułatwiają nierównomiernie porozstawiane przy trasie łosie. Stoją takie szafy pięć metrów od drogi, żują i kontemplują samochody przejeżdżające im przed nosem z prędkością 110 km/h. Pierwszego powitałam okrzykiem radości, obecność drugiego stwierdziłam, na trzeciego już warczałam "Stój, gdzie stoisz i mi nie wylatuj pod koła".


Dalsze plany wędrownicze już są - trzeba wykorzystać zacięcie co poniektórych uczestników :-)

2 kommentarer:

  1. No przecież piszesz, że stały i żuły, wcale nie chciały znienacka wlatywać na drogę! Łosie nie są chyba bardzo rącze, szczególnie w zrywie z bezruchu w miejscu?... *^O^*
    Wiadomo, że jak ktoś chce, to mu dziecko będzie we wszystkim przeszkadzać, a jak się zechce, to się znajdzie sposób, żeby włączyć je do rytmu swojego życia bezboleśnie dla wszystkich stron. I wydaje mi się, że dzieci chętnie robią różne fajne rzeczy z rodzicami, kiedy widzą, że rodzicom to sprawia frajdę!

    SvaraRadera
    Svar
    1. Usz, nie wiem, na ile są rącze. Z kursu prawa jazdy pamiętam, że trzeba celować w nogi, jak się ma kurs na kolizję... Brrr....

      Z karmieniem sprawa u nas jest o tyle "prosta", że my nie mamy nikogo do pomocy przy małej. Także ona po prostu _musi_ być wszędzie z nami. Tym sposobem ją wleczemy tam, gdzie nas oczy poniosą, a ona nie ma zbyt wielkiego wyboru :-)

      Radera