2016-08-15

Przecięte



Filozofia tak zaawansowana, że jak się ochłodziło, to wzięłam nożyczki i przecięłam :-) Obrabiany szydełkiem kant podwija się grzecznie, także nie trzeba będzie się bawić w żadne tasiemki. Po prostu podłapię i przyszyję ręcznie.

Listwa kołnierza nabierana metodą "paryską", opis u Makunki tutaj - dziękuję! :-) U Makunki jest co prawda na okrągło, ale przerobieniem tego na od prawej do lewej nie miałam żadnych problemów. Chciałam tym sposobem nabrać też oczka na listwy guzików. Na białej części wyglądało to równie ślicznie, jak powinno, ale na karczku nie przeszło - za grubo i za dużo poplątanych nitek.

Postęp w porównaniu ze zdjęciem już jest - nabrałam oczka na prawą listwę i przerobiłam jeden rząd ściągacza. Z wyliczaniem, dopasowywaniem ilości oczek zajęło mi to... godzinę. Stara dobra prawda, czyli chcącemu nie dzieje się krzywda, jest jak najbardziej aktualna w tym przypadku :-)

2016-07-13

To co? Tniemy?


Było nam bardzo niewesoło ostatniemi czasy. Trzeba było czymś zająć ręce (bo głowy się nie dało), więc siedziałam, siedziałam, i...


...wysiedziałam.

Póki co techniki:
  • Modelowanie przodu rzędami skróconymi. Zawsze wydawało mi się, że w okrągłych karczkach nie wiadomo, gdzie tył, a gdzie przód. A tu proszę, kilka rzędów skróconych koło prawej pachy, kilka koło lewej i przód swetra nam zjeżdża koncertowo tyle, ile trzeba. Genialne i do zastosowania w islandzkich w przyszłości.
  • Jak rzędy skrócone, to tylko German Short Row. Miałam z skróconymi problem, bo w zwykłych odznaczał się guzełek. A z tą techniką nie widać NIC.
  • Nie chciałam bezcześcić maszyną do szycia, a szydełkiem steeków jeszcze nie robiłam. Poczytałam łopatologiczny tutorial Katie Davis i... precz maszyno od mych swetrów ręcznie dłubanych. Wcale nie zajmuje to więcej czasu, a jakoś tak bardziej polegam na tym "oczko po oczku", niż przejechanym maszyną.
Na razie odkładam. Wykończenia będą bardzo pracochłonne. Trzeba będzie siąść w stanie świętego spokoju, który to stan na wakacjach z Córeńką będzie nieosiągalny. Ale za to się potarzamy w piasku, czego i Wam życzę :-)

2016-06-09

Tyresta nationalpark



Zeszły łikęt był długi (święto narodowe) i pogoda dopisała. Wybraliśmy się do parku narodowego Tyresta. Byliśmy tam już dwa lata temu (relacja tutaj). Tym razem do parku postanowiliśmy wejść "od kulisów", czyli od południowego zachodu. Trasa, którą szliśmy ma sześć kilometrów i spory jej kawałek prowadzi przez ciekawy obszar.


W 1999 roku na terenie parku wybuchł potężny pożar: spłonęło 450 hektarów, czyli jakieś 10 % powierzchni lasu. Teren był zamknięty aż do maja 2000 roku - tyle trwało oczyszczanie i zabezpieczanie szlaków. W dalszym ciągu są informacje, żeby nie łazić poza trasami i jest ryzyko, że jakiś przegniły pień poleci w nieodpowiednim kierunku.



Korniki. To na pewno wina korników.

Na początku była panika, no bo to dobro narodowe, las pierwotny i tak dalej. A po kilku latach okazało się, że przyroda sobie świetnie poradziła bez ingerencji człowieka. Na pogorzelisku zaczęły rosnąć rośliny, których do tej pory w tym biotopie nie widziano. Wprowadziły się rzadkie gatunki i owadów, i ptaków. Ten gatunek, który ucierpiał, to głuszce, bo one do rozmnażania muszą mieć warunki innego typu.  



Tu już część nienaruszona. Po prostu _porządny_ las :-) Granicę pożaru oraz zdrowego lasu widać bardzo wyraźnie, z tym że drzewa na styku są nieźle potargane.


Kwiecista suknia z falbanami (deseń w róże i fiolety), fioletowe legginsy, fioletowe skarpetki (w kotki rzecz jasna), czyli w przyszłości pewna kandydatka na Kasprowy w szpilkach. Mijani współwędrowcy uśmiechali się wyrozumiale. Na wyśpiewywane, siedząc w nosidle, na cały gardło piosenki (repertuar leciał w trzech językach) usłyszeliśmy komentarz: "Jakby mnie tu nieśli, to też bym śpiewała".


Szlak był "średni/trudny", długość sześć kilometrów. Dla nas (czyli osobom towarzyszącym prawie trzylatce), w sam raz. A że dziecina się zmachała i pierwszy raz kiedykolwiek w sobotę wieczorem zasnęła o przyzwoitej godzinie, to nam nie przeszkadzało nic, a nic :-)