2015-02-06

Valentina Lisitsa/Rachmaninow

Dawno relacji z koncertu nie było. Nie dlatego, że nie chodziłam, ale doby mi brakuje na pisanie.... Na spanie zresztą też...

Bilet kupiłam w sierpniu. Pianistki wcześniej nie znałam (wstyyyd!). Jak zobaczyłam w programie, że Baba gra trzeci Rachmaninowa (czytaj: postrach pianistów), to stwierdziłam, że takiej okazji nie można przepuścić i że na pewno jest dobra :-)

Od pierwszych taktów widziałam, że jest obłędna technicznie i nieprawdopodobnie muzykalna. Wszystko blisko klawiatury perfekcyjnie dograne, niesamowita ekspresja. Ale jak dochodziło do piętrowych akordów, to jakoś mój entuzjazm przygasał. Niby wszystko było, na jakość fortepianu poprawkę brałam, ale te akordy były strasznie siłowe. W pewnym momencie pomyślałam, że chciałabym ją jeszcze usłyszeć w czymś innym, żeby w pełni docenić jej możliwości.

No to usłyszałam, bo na bis zagrała Campanellę. Wygląda na to, że to jej paradny numer. I później nie miałam już żadnych pytań :-)



Aha. Z mściwą satysfakcją donoszę, że drewno jak zwykle nie stroiło. Czasami naprawdę mam ochotę wstać z krzesła i na nich nawrzeszczeć :-)

2 kommentarer:

  1. Piękna, subtelna i techniczna gra. Tylko kto tak biedaczkę odział?

    SvaraRadera
    Svar
    1. Oj, żebyś Ty widziała, co ona na sobie miała na koncercie we czwartek... Ale opadającego w Liszcie dekoltu Yuyi Wang na koncercie parę miesięcy temu i tak nie pobiła :-D Takie, Pani, czasy, że nie wystarczy dobrze grać :-)

      Radera