2008-10-03

Jak to... - Hur så...

...nie piszę? Piszę, piszę. Egzaminy. Od początku września miałam ich 5, za dokładnie tydzień następny. A tu leżę znowu w objęciach wirusa :-(
... att jag inte skriver? Jag skriver något hela tiden, känns det så. Tentor, för det mesta. Jag har haft 5 under september, nästa har jag om exakt en vecka. Och så är jag IGEN förkyld... :-(
Łikent miałam przeznaczyć na kończenie musztardy i do tego celu niezwykle były mi potrzebne druty na żyłce o długości 60 cm. Jak zwykle się spieszyłam, jak zwykle wpadłam do sklepu, do półki z drutami na żyłce już trafiam po ciemku :-). Znalazłam odpowiedni numer i długość. Widziałam, że jakieś dziwne dyndoły się kolebią, ale myślałam, że to jakiś cudowny wynalazek ulepszający (no co! na opakowaniu jak wół napisane "Schnellstricknadeln"!!! nabieram oczka i fruuuu - rękaw gotowy :-))). No i dopiero w domu po rozpakowaniu zazgrzytałam zębami - druty z dyndołami to coś pośredniego między drutami prostymi, a drutami na żyłce. W sumie fajny wynalazek - nie męczy tak ramion, a jednocześnie można dziabać rzeczy dużooczkowe. No ale mi w akurat tym przypadku chodziło o co innego :-)
Jag ville bli klar med min senapsgultröja nu i helgen. Då tyckte jag att jag behövde rundstickor som var 60 cm långa. Jag sprang in i affären (bråttom, bråttom), bland alla rundstickor hittade jag det nummer och den längd jag ville. Ja, jag såg att det var något som dinglade där, men jag trodde att det var någon form av en super-speciall-extra-förenkling. Naja, jag hade fel. När jag packade upp stickorna hemma upptäckte jag att de var något emellan rund- och vanliga jumperstickor. Ingen dum idé i för sig, tycker jag, men den här gången var jag ute efter något annat :-)
***

No i parę zdjęć z zeszłego łikendu: pięęęękny gałęziak. Niektóre gatunki są jadalne, a niektóre wręcz przeciwnie. Według guru
nawet jeżeli są jadalne, to smakują jak rozgotowane spagetti :-)
Och några bilder från förra helgen: någon fingersvamp. Vissa arter kan man äta, vissa ska man absolut inte äta. Enligt Pelle smakar de ätliga som överkokt spagetti så vi bryr oss faktiskt inte om att lära oss vilka som är vilka.

Znaleźliśmy 8 sztuk piestrzenicy infułowatej. Nie widzieliśmy ich nigdy wcześniej, ale to jeden z tych gatunków, które się rozpoznaje bezbłędnie na pierwszy rzut oka. Wcześniej uważane były za grzyb jadalny, w tej chwili eksperci stanowczo odradzają ze względu na zawartość silnie rakotwórczej gyromitryny (po lewej stronie jest też link do polskiej notatki, ale ponieważ notatka jest napisana przez ekheeeeem.... fachowca, więc jest dla mnie - powiedzmy - średnio zrozumiała :-)))
Vi hittade 8 stycken biskopsmössor. Vi har aldrig sett den här svampen tidigare, men det är en av de arter som man känner igen på en gång. Jättefina var de! Tidigare ansågs den vara en matsvamp, nu påstår experterna att man absolut inte ska äta dem pga de innehåller den cancerframkallande substansen gyromitrin.


W sumie już chyba po grzybach - ostatnio było zimno i sucho. Myśleliśmy, że wrócimy do domu z pustymi rękami, ale wdepnęliśmy w łąkę ogromnych kurek.
Och vi trampade nästan på en kantarelläng. Stora och fina. Och smaskiga :-)


Po drodze z lasu wpadliśmy na chwilę w odwiedziny do pracowego kolegi Jaśka. Było bardzo miło, a ich ogród!!! Taki półdziki, nieuczesany. Z miejscem na jabłonie, sosnę, hortensję, bluszcz, zioła, berberys i czereśnie. Kamienie tam, gdzie je Pan Bóg położył, zmurszałe drewniane schody... Biegałam i zaglądałam im w każdy kąt :-)
Johans arbetskompis fantastiska trädgård - en liten trädgård med en stor själ. En tall, en murgröna, äppelträd, örter, körsbär, mossa på stenar... Lite okammad, vild under kontroll. Min drömträdgård med andra ord :-)
***

No i komentarz do poprzedniego wpisu :-) Parę lat temu byliśmy Mostarze. Chcieliśmy zobaczyć most. A w tym samym czasie moja szwedzka przyjaciółka M (ta od obiadu :-), pochodząca z tego miasta, była w odwiedzinach u rodziców. Zaprosiła nas na lunch, przy czym my to zinterpretowaliśmy po szwedzku, jako niezobowiązujący obiad gdzieś na mieście. No i się okazało, że źle to zinterpretowaliśmy. "Lunch" okazał się kilkudaniowym, wielogodzinnym obiadem z całą rodziną, przy czym takiego przyjęcia i serdeczności się absolutnie nie spodziewaliśmy. Do dzisiaj M z odwiedzin od rodziców przywozi nam prezenty i oczywiście pozdrowienia. Spytałam ją potem, jak to jest z tym przyjmowaniem gości - wyjaśniła mi, że na przykład w czasie ostatniej wojny domowej nie szło się do nikogo z pustymi rękami, prezentem mogło być cokolwiek, choćby i paczka rodzynek. To wszystko bazowało na zasadzie dzisiaj ty jesteś głodny, jutro ja mogę być głodny. I trzeba było się dzielić, żeby przeżyć. I chyba coś w tym jest - w Szwecji można sobie samemu dać radę, nie trzeba nikogo prosić o pomoc (jak ja oswajałam sąsiadów w niecnym celu wyjazdowego podlewania naszych roślin w domu to osobna historia :-))). To moja interpretacja zjawiska, jak jest naprawdę, tego chyba nikt nie rozgryzie. Ot, kategoria "różnice kulturowe": akceptujesz i wsiąkasz między resztę, albo nie - i wtedy się dzieją ciekawe rzeczy :-)

Inga kommentarer:

Skicka en kommentar