2008-11-01

Grigorij Sokołow

Rosyjski pianista, który wygrał ogromnie prestiżowy Konkurs Czajkowskiego w roku 1966. Miał wtedy 16 lat. Po czym władze na wszelki wypadek tak bardzo doceniły jego talent, że na Zgniłym Zachodzie mógł zacząć koncertować dopiero w latach 80-tych.
Program był bardzo klasyczny, dosłownie i w przenośni. Były 2 sonaty Mozarta (KV. 280, 332) i 2 Beethovena (nr 2 A-dur i nr 13 Es-dur). Ujmę to tak: żeby zdecydować się na taki repertuar (coś, co zainteresowani znają na wylot do każdej nutki i czego nagrań na rynku mówiąc oględnie jest dużo), zapełnić ogromną salę koncertową, i do tego sprawić, że ludzie słuchają jak skamieniali, to trzeba być pianistą klasy absulutnie nieprzeciętnej. I Sokołow takim pianistą jest. Mozart był wycyzelowany do najmniejszego ozdobnika. To było studium złudnej prostoty ujarzmionej bezbłędną precyzją techniczną i muzyczną. Beethoven mnie zachwycił niesamowitą skalą barw i zmiennością emocji.
Po sonatach nadszedł czas na bisy. Zawsze jest jakiś styl, w której dany muzyk jest lepszy lub... trochę mniej lepszy. Ale nie w tym przypadku. Nie dość, że bisów było SZEŚĆ, to jeszcze ze skrajnie różnych epok: od Scarlattiego, przez Bacha, przecudny nokturn Chopina (przy którym się całkiem rozkleiłam; starzeję się, skoro Chopin mi się zaczyna podobać :-))), po fascynujące swoją abstrakcją bohomazy Debussy'ego. I wszystko zagrane z nieprawdopodobną czystością stylu. To był jeden z tych koncertów, na których się modliłam, żeby się jeszcze nie kończył...
Tutaj jakiś fan się nieźle napracował. Moje ukochane jutjubowe nagranie Sokołowa zdjęli jakiś tydzień temu (buuuu.....), więc niżej wklejam kawałek Beethovena :-)

Inga kommentarer:

Skicka en kommentar