2009-03-22

Zaległości - Bara polska idag, förlåt :-)


Nic nowego nie będzie dzisiaj... nic, a nic nowego. Powód? Wychodzę z domu o 7:30, wracam (jak się pociąg nie spóźni) o 22:15. Pisałam wcześniej, że tak będzie... i będzie do maja. Ale potem znowu będę szaleć, HA!!! :-) A ponieważ nie mam nic nowego do pokazania, więc odrabiam grzecznie lekcje: wklejam i tłumaczę to, co obiecałam wkleić i przetłumaczyć :-)
***

E.gunia - przegapiłam Twoje pytanie o raglan z góry na dół, przepraszam. Można taką techniką robić swetry, tutaj jest moja tunika, a tutaj YarnFerret zrobiła bardzo porządny opis co i jak. Ja swoją tunikę robiłam na tzw. pałę, więc jak przeczytałam jarnferretowy opis, to podrapałam się w głowę i stwierdziłam, że chyba znowu miałam więcej szczęścia, niż rozumu :-)

***

Przepis na chleb. Oryginał dzikich drożdży tutaj, a tutaj chleb (wszystko po szwedzku, ale grzecznie podaję źródło, bo takie mam zboczenie zawodowe). Ponieważ przepisów do tej pory nie miałam potrzeby tłumaczyć, więc jak coś zamotałam, to proszę krzyczeć i żądać wyjaśnień :-)

Hodowla Bardzo Dzikich Drożdży

Dzień 1
125 g suszonych moreli albo rodzynek (u nas rodzynki)
50 g miodu
25 g cukru
250 g letniej wody

Wymieszać wszystkie składniki w słoiku i odstawić w ciepłe miejsce (u mnie, jak już pisałam, na akwarium). Ważne - nie dokręcać szczelinie pokrywki!!! (bo można mieć potem kuchnię do remontu).

Dzień 2, 3 i 4, może 5

Wstrząsać ostrożnie słoikiem rano i wieczorem. Zakwas jest gotowy w momencie, gdy morele/rodzynki pływają tuż pod powierzchnią cieczy i jest trochę piany. Wtedy też odcedzamy zakwas - zostawiamy CIECZ, rodzynki wyrzucamy (można też odwrotnie, jak za pierwszym razem zrobił Johan, ale wtedy trzeba znowu poczekać tydzień z pieczeniem :-). Dzikie drożdże można przechowywać w lodówce do ok. 2 miesięcy.


No i chleb:

Dzień 1

30 g mąki pszennej (wg przepisu mieszanka z jęczmienną, ale wg Johana nie ma problemu z użyciem tylko pszennej)
20 g dzikich drożdży
10 g letniej wody (ok. 40 stopni)

Wymieszać, nakryć folią, postawić w ciepłym miejscu na noc (najlepiej ok. 22 stopni).

Dzień 2, przed pracą

30 g mąki pszennej
25 g letniej wody
mieszanina z dnia poprzedniego

Wymieszać, nakryć folią, postawić w ciepłym miejscu, pojechać do pracy.

Dzień 2, po pracy

525 g mąki pszennej
350 g letniej wody
mieszanina z dnia poprzedniego

Tym razem wyjąć duży pojemnik i w nim wymieszać wszystkie składniki. Nakryć, zostawić na noc i iść spać.

Dzień 3, rano

950 g mąki pszennej
800 g mieszaniny z dzikimi drożdżami
550 g letniej wody
30 g soli

Wszystkie składniki oprócz soli mieszać przez 5 minut. Zostawić ciasto na 5 minut i znowu mieszać, tym razem przez 8–10 minut. Stopniowo zwiększać szybkość miksera, a na 3 minuty przed końcem mieszania dodać sól. Całe ciasto zagnieść delikatnie "składając" je, po czym przełożyć do pojemnika z pokrywką i pozwolić rosnąć ok. 3 godzin w ciepłym miejscu (akwarium? :-) . Ze trzy razy, mniej więcej co 30 minut zagniatać/składać lekko ciasto.
Wyłożyć wyrośnięte ciasto na omączony stół, podzielić na 2 części, uformować w bochenki i położyć w "kołyskach" ze zwiniętych gazet nakrytych posypaną mąką ściereczką. Zostawić do rośnięcia na 1 godzinę.

Piec nastawić na 275 stopni, wstawić chleb, spryskać wodą wnętrze pieca. Po 15 minutach obniżyć temperaturę do 230 stopni i wypuścić parę. Chleb jest gotowy, gdy osiągnie temperaturę 98 stopni, co u nas trwało ok. 60 minut.

***

Włóczki: o jak miło, że nie jestem w swym świrze samotna! Z braku czasu w tej chwili nic nie dłubię, więc na razie wszystko leży :-(

Persjanka: właśnie mi to te dziwne składy czasami chodziło, po prostu chcę czasami spróbować nowych materiałów, sprawdzić, jak się z nich robi i jak się zachowują :-)

E.gunia - sprawdziłam strony internetowe, o których pisałam. Na angielski się co prawda nie da przełączyć, ale obydwa sklepy piszą wyraźnie, że mają możliwość obsługi klientów z zagranicy! A ponieważ płatność jest albo przez PayPal, albo kartą, to chyba po prostu najlepiej pchnąć do nich mejla po angielsku i się bezpośrednio z nimi dogadywać :-)

***
Z cyklu "Podryw stulecia"
Wracałam do domu, stałam na peronie i czekałam na pociąg miejski. Podchodzi do mnie chłopak, na oko lat dwadzieścia kilka. W przeciwieństwie do mnie śliczny i zadbany - włoski przygładzone na żelik, biżuteria złota starannie dobrana do kusej kurteczki i obcisłych dżinsów. Pyta łamanym angielskim, czy mu mogę pomóc. No mogę, co by nie. Czy on jest na dobrym peronie, bo chce jechać tu i tu. Ponieważ swojego czasu pracowałam w turystyce, to z czystego przyzwyczajenia wyjaśniłam mu grzecznie co i jak. Peron dobry, tor nigdy nie wiadomo jaki, ale na tablicy na pewno wyświetlą. Na co usłyszałam, że mój angielski jest świetny (Ha. Ha. Ha.) i skąd ja jestem, bo on jest z Niemiec (że Niemcy zjednoczyli, to mi się o oczy obiło, ale że poza tym przenieśli - na moje oko - do Indonezji, to mi jakoś umknęło). Na moją odpowiedź "Z Polski" usłyszałam dumne "A ja znam parę słów po polsku, mój kolega mnie nauczył! K....... mać i ch...!". No powinnam się chyba była bardzo ucieszyć, ale niestety tylko na pana wymownie popatrzyłam i po prostu odeszłam na bezpieczną odległość.

Skorzystałam z tego, że podjechał pociąg i specjalnie wybrałam wagon odległy od tego, do którego myślałam, że ów poliglota z bożej łaski wsiądzie. Myliłam się: ponieważ wagon był prawie pusty, a pan stęskniony towarzystwa, więc zaraz się objawił i rozsiadł naprzeciwko mnie. Oznajmił mi, że w Szwecji jest bardzo zimno, a jak już część grzecznościową odwalił, to spytał, ile lat tutaj mieszkam. Aaaaa, tędy cię misiu wiedli! Powiedziałam ile, więc pan już wprost, ile ja mam lat: "Trzydzieści osiem" (a co sobie będę żałować :-))). Wyraz na twarzy pana uległ zmianie, ale dla ewentualnego uzyskania stałego pobytu przecież trzeba się czasem poświęcić, prawda? Więc pociągnął biedaczyna dalej: "A masz rodzinę tutaj?". No kochanie... od tego trzeba było zacząć! Patrząc mu głęboko w oczy oznajmiłam: "Tak, mam męża i dwoje dzieci". Dopiero to pomogło, zaczął intensywnie patrzeć przez okno, ja na szczęście już wysiadałam. Brrr, skąd się takie typy biorą i dlaczego akurat na moim peronie???

6 kommentarer:

  1. Chi chi chi! :D No to miałaś ciekawą podróż ;) Oby jak najmniej takich typków (nie tylko "zagranicznych") w podróży! Pozdrawiam - Asia

    SvaraRadera
  2. mmm mam wór rodzynek w domu, chyba się połaszę na te bardzo dzikie drożdże :D

    Podryw boski :D a zakończenie genialne.
    jak spławić gościa? powiedzieć, że jest się mężatką :D działa niezawodnie ;P
    sama z tego korzystam hłe hłe hłe

    SvaraRadera
  3. No proszę, możesz sobie z czystym sumieniem powiedzieć, że wciąż młodo wyglądasz, skoro bywasz porywana na ulicy! (ja bym tak sobie powiedziała *^v^*)

    SvaraRadera
  4. No to się pośmiałam z typka, choć wiem, że Tobie do śmiechu wcale nie było. Pozdrawiam

    SvaraRadera
  5. Normalnie "miałaś rwanie"!!! Rany, jak ja uwielbiam takich matołków, ale rzeczywiście najlepiej "odstrasza " mąż. Chleb wypróbuję. Może bierz jakąś małą robótkę do pociągu ( chyba jakiś obrus potrzebuje koronki?)- a niektórych zalotników takie szydełko też odstręczy, no i jakaś broń to ostatecznie też może być! Uściski.

    SvaraRadera
  6. Dziękuję za przepis :))) będę korzystać a co!!

    SvaraRadera