2009-08-28

Landmannalaugar-Skogar (3)

Wczoraj wróciłam z Polski, już teraz będę bardzo stacjonarna :-) Bardzo dziękuję za komentarze, odpowiem na pytania i wszystko wyjaśnię zbiorowo po ostatnim wpisie o Islandii.


Dzień - 5 - Dag
Botnar - Torsmörk

W schronisku Alftavatn spotkaliśmy między innymi rodzinę holenderską, parę Francuzów no i pięcioosobową grupę Hiszpanów. Wszyscy grzecznie sprzątali po sobie w kuchni, pytali, czy jeszcze ktoś chce wrzątku i byli bardzo mili... do czasu, do czasu... Bo w nocy wyszło szydło z worka :-) Okazało sią mianowicie, że jeden z Hiszpanów chrapie. I to JAK!!! Tak głośnego rzężenia, charczenia, dławienia się to ja nigdy nie słyszałam... Długo się zresztą tego słuchać nie dało, więc przepełzłam w śpiworze niczym gąsienica do plecaka, wykopałam zatyczki do uszu i tym sposobem udało mi się przespać całą noc.

Rano weszliśmy do kuchni, gdzie zastaliśmy już Holendra. Ten pogwizdując beztrosko Always Look on the Bright Side of Life był zajęty zmywaniem naczyń w lodowatej wodzie. Ale gdy do kuchni weszli Hiszpanie przerwał szorowanie garnka i zagaił: I have one question for you... WHO WAS MAKING THE NOISE LAST NIGHT??? Takiego ataku zbiorowego śmiechu chrapiący Hiszpan się nie spodziewał. Kolega winowajcy oznajmił chytrze: "Wiem, kto to, ale ja chcę żyć i nie pokażę palcem", a żona zaprotestowała z oburzeniem: "Ale w nocy chrapały przynajmniej jeszcze dwie inne osoby!". W każdym bądź razie Holender zaczął się zastanawiać, jak ten niewątpliwy problem rozwiązać: albo na trasie do następnego schroniska zdarzy się mały wypadek, albo trzeba będzie wybudować jeszcze jedno schronisko, gdzie wstęp będą miały tylko i wyłącznie osoby, które nie chrapią.

My miejsca w schronisku Botnar nie mieliśmy, więc o dalszych pomysłach Holendra dowiedzieliśmy się dzień później od rozchichotanych Francuzów. Hiszpanie mieli z Botnar do Torsmörk wyjść wcześnie rano, żeby złapać popołudniowy autobus do Reykjaviku. Ale niezawodny Holender w całej swej życzliwości doradził Hiszpanom, że skoro tą trasą idzie się około 6 godzin, a poranny autobus jedzie o koło 7 rano, to najlepiej niech wyjdą ze schroniska o północy. W ten sposób na pewno dojadą do Reykjaviku na czas, a i innym dadzą się wyspać. Rada ta, aczkolwiek genialna w swej prostocie, ze zrozumieniem Hiszpanów się nie spotkała. Tak więc następnego poranka wyruszyli do Torsmörk pozostawiając za sobą schroniskowych współspaczy półprzytomnych i zastanawiających się, jakim cudem takie odgłosy wytrzymuje żona Hiszpana.

I vandrarhemmet Alftavatn träffade vi bland annat en holländsk familj, ett par francoser och en grupp spanjorer på fem personer. Alla städade efter sig i köket, frågade om någon ville ha kokande vatten och var mycket artiga och trevliga... fram till natten. För att då visade det sig att en av spanjorerna snarkade. Och HUR han snarkade - jag hade aldrig hört något liknande... Det gick helt enkelt inte att sova, jag kröp över till min ryggsäck, tog fram mina öronproppar och först då somnade jag...

På morgonen gick vi in till köket. Där stod holländaren och diskade en kastrull i det iskalla kranvattnet. Han verkade vara mycket glad och visslade bekymmerslöst Always Look on the Bright Side of Life. Men när spanjorerna dök upp i köket avbröt han och tilltalade dem: I have one question for you... WHO WAS MAKING THE NOISE LAST NIGHT??? Det blev en skrattexplosion, en annan från den spanska gruppen sa att han visste men han inte skulle berätta för at han ville leva. Frun till den skyldige killen protesterade att det var ju åtminstone tre killar till som snarkade (vilket som faktiskt stämde :-). Dock tyckte holländaren att problemet måste lösas på något sätt: antingen skulle det hända en liten olycka på väg till Botnar eller så måste man bygga ett vandrarhem till, där bara personer som inte snarkar ska få inträde.

Vi fick ingen plats i Botnar-vandrarhemmet så de fnittrande fransoserna berättade om holländarens kamp mot snarkandet. Spanjorerna skulle nämligen gå ut från Botnar till Torsmark tidigt på morgonen för att hinna med Reykiavikbussen samma eftermiddag. Holländaren hade dock en bättre idé - eftersom etappen skulle ta ca 5-6 timmar att gå föreslog han att den spanska gruppen ska lämna vandrarhemmet redan vid midnatt. Då skulle de både hinna till morgonbussen som gick runt 7 på morgonen samt de andra gästerna i vandrarhemmet skulle få äntligen sova. Tyvärr gick spanjorerna inte med på förslaget och lämnade Botnar först på morgonen. Och lämnade alla undrande hur den snarkande killens fru står ut med detta otroliga ljud...


Dzień - 6 - Dag
Torsmörk



Stwierdziliśmy, że przed następnym etapem należy nam się dzień odpoczynku. Tak więc w Torsmörk tylko połaziliśmy po okolicy podziwiając piękne formacje skalne. Pogoda była cudna, więc mieliśmy nadzieję, że następnego dnia, na trasie o dosyć stromych podejściach, nam się poszczęści.
I Torsmörk blev det en vilodag. Vi gick bara lite runt och beundrade de vackra klippformationer. Vädret var underbart och vi hoppades verkligen att det skulle hålla sig - nästa dags etapp var igen upp mot bergen, inklusive vandring på snöområden.
Dzień - 7 - Dag
Torsmörk - Fimmvörduhals

...ale się niestety nie poszczęściło. Wychodzę rano ze schroniska i... pada. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy w ogóle kontynuować trasę, czy też złożyć broń i wracać do Reykiaviku. Po śniadaniu stwierdziliśmy, że przeprawiamy się przez rzekę Krossa, idziemy do schroniska-bazy Bazar, tam się dowiadujemy o dokładną prognozę pogody i dopiero wtedy podejmujemy decyzję.

Nej, det blev tyvärr inget bra väder... När jag klev upp och gick ut på morgonen var det regningt och kallt. Vi började fundera om vi skulle åka tillbaka till Reykiavik istället. Till slut bestämde vi oss at vi går över flogen till vandrarhemmet Basar, frågar om väderprognos där och först då beslutar om vi fortsätter eller avbryter vandringen.


Wymarzone wakacje, czyli zdejmujemy buty i w sandałach brodząc po łydki przełazimy przez rzekę ze stopionego lodowca... Najpierw się człowiek pociesza a nie taka zimna ta woda... po czym się czuje ból. A potem to już się nic nie czuje :-))) Zdjęcie robiłam na wysepce między głównym nurtem rzeki (po lewej stronie), a jej odnogami. Nad głównym nurtem położony był most, nikt by przez tak wartką wodę nie przeszedł. W schronisku można było sobie pooglądać album z kolekcją zdjęć samochodów, które przez rzekę przejechać chciały, ale im się to BARDZO nie udało...

W Bazar znaleźliśmy opiekuna schroniska i szczegółowo go wypytaliśmy. Rześko nam oznamił, że będzie padać i będzie wiało, ok. 15 metrów na sekundę. Ale to dopiero koło 16, my do tego czasu na pewno do schroniska dojdziemy. Trasa jest wery najs, tak, jest dobrze oznaczona, nie, nie jest niebezpieczna i tak, są łańcuchy. Jeżeli nie jesteśmy pewni, to on nam da numer telefonu do schroniska, możemy zadzwonić z trasy, jeżeli coś się będzie dziać i mamy do niego zadzwonić, jak już dotrzemy na miejsce. Wysłuchaliśmy tej mowy ku pokrzepieniu serc i stwierdziliśmy, że w takim razie idziemy.

Drömsemester, dvs. vada i sandaler över en flod från den smälta glaciären... Först tröstar man sig - nej, det är ju inte SÅ kallt... Sedan känner man att det gör ont. Och sedan känner man ingenting. Bilden är tagen från en liten ö mitt i floden, huvudströmmen är till vänster och där fanns det en bro. Tack och lov, ingen människa skulle klara att gå över där... I vandrarhemmet fanns det två album med bilder på bilar som inte klarade att ta sig över floden under vårperioder...

Vi kom fram till Basar, hittade
warden och frågade om väderprognosen. Han tyckte inte att vi skulle oroa oss - det skulle förvisso blåsa ca 15 meter per sekund, men först runt 16-tiden. Och då skulle vi redan vara framme i vandrarhemmet Fimmvörduhals. Han tyckte att etappen var mycket trevlig, inte alls svår, bekräftade att det fanns kedjor, men om vi kände oss osäkra kunde vi ringa upp Basar och eventuellt få hjälp. Han ville dessutom att vi skulle ringa honom när vi kommer fram till Fimmvörduhals.



Przeszliśmy przez odcinek zwany w przewodnikach niemieckich "koci grzbiet". Czyli ścieżka o szerokości no coś koło metra, z stromymi spadkami po prawej i po lewej stronie..

I början gick det ganska smidigt, vi klarade "kattryggen" dvs. en mycket smal stig uppe med väggarna rakt neråt på båda sidorna utan problem.


Wszystko było w porządku, trochę wiało, no ale tego się raczej należało spodziewać w tak ukształtowanym terenie. Doszliśmy do miejsca na zdjęciu i ja z uznaniem oznajmiłam Jaśkowi: ty, ale tu musi wiać, skoro te skały są tak ukształtowane! Okazało się, że miałam rację:

Vi kom fram till stället på bilden och jag sa beundransfullt till Johan: Du, det måste blåsa rejält här om klipporna är så pass skulpterade!



Przywiało. Mniej więcej po 10 sekundach po zrobieniu tego zdjęcia leżałam na ziemi wypłakując i wypluwając piasek. Po chwili się uspokoiło, zaczęliśmy znowu iść, ale szybko się okazało, że prognoza pogody, którą dostaliśmy, jest delikatnie mówiąc nieścisła... Wspinaliśmy się pod górę na przemian po kamieniach, piasku i grząskim śniegu. Chwilami świeciło ostre słońce, cały czas wiał przewracający i nie pozwalający oddychać wiatr i do tego padało - o ile padaniem można nazwać deszcz, który siecze poziomo... W pewnym momencie deszcz zamienił się w kryształki lodu - dostać czymś takim w twarz i w nogi to był po prostu okropny ból. Byliśmy dość blisko schroniska, więc wiedzieliśmy, że po prostu musimy tam dojść..

Ja, jag hade helt rätt... Ungefär 10 sekunder efter jag tog denna bild låg jag nere på marken, hostade och grät i ett (helt misslyckat) försök att bli av med all sand i munnen och ögonen... Det lugnade ner sig efter en tid men det visade sig snabbt att den väderprognos som vi hade fått nere milt sagt stämde inte.... Vi gick uppför, på stenar, sand, snö. Solen sken, samtidigt blåste en stark vind då man inte kunde andas normalt, man tappade balansen och regnet kom horisontellt. Sen ändrades regnet till iskristaller, tro mig att få det rakt in i ansiktet gjorde otroligt ont... Trots allt detta var sikten relativt bra, vi såg vandrarhemmet och därför kändes det lättare att ta sig fram dit.

Udało nam się! Zrobiliśmy coś ciepłego do picia, rozgrzaliśmy się i przede wszystkim zadzwoniliśmy do Bazar. Opowiedzieliśmy, co się działo, ich odpowiedź brzmiała: w takim razie nie puszczamy nikogo więcej na trasę. Mniej więcej po godzinie wpadła para Niemców. Dziewczynę wiatr przewrócił na trasie... Myśleli, że nie dojdą, nie planowali noclegu w schronisku, tylko iść dalej, ale gdy zadzwonili do bazy usłyszeli stanowcze: macie się stamtąd nie ruszać!

Po jakimś czasie zauważyliśmy cztery osoby zmierzające w stronę schroniska. Okazało się, że byli to Kandyjczycy. Z miejsca nam oznajmili, że dużo wędrowali, ale czegoś takiego jeszcze nie widzieli. Towarzystwo było zgrane i wesołe, składało się z majestatycznego Papy Pata, jego syna Colluma oraz Glena i jego żony Sary.

Panowie po przyjściu się przebrali, Glen na wszelki wypadek już w piżamę. Ale po jakimś czasie usłyszeli, że jednak potrzeba będzie więcej śniegu do gotowania jedzenia. Tym sposobem po śnieg wyruszyła malownicza procesja: na przodzie, dzierżąc w objęciach aluminiowy gar, majestatycznie sunął Glen we furkoczących na wietrze flanelowych gaciach z nadrukiem HOCKEY NIGHT. A za nim, w szortach i japonkach, po śniegu i kamieniach kicał Collum, dzielnie pobrzękując równie aluminiowym czajnikiem z pokrywką. Widok był przedni :-)))

Jak już się wszyscy najedli, to okazało się, że w podstawowym wyposażeniu wędrowców niezależnie od ich narodowości jest flaszka czegoś mocniejszego. A w takich okolicznościach ludzie zazwyczaj się robią bardzo rozmowni. Kanadyjczycy opowiedzieli, że schodzili trasy w Kanadzie i USA; podobno jest bardzo przyjemnie, tylko trzeba uważać na niedźwiedzie. Jak jest brunatny, to pół biedy, ale jak grizzly, to w dużym skrócie przerąbane. No a najlepszym sposobem na niedźwiedzie okazuje się ich po prostu nie ściągać do obozowiska: nie wolno myć zębów pastą, używać dezodorantów, żywność trzeba wieszać na drzewach w bezpiecznej odległości od namiotu. Jak się idzie na trasie i napotyka misia, to trzeba się spokojnie wycofać. Na co niezawodny Collum poinformował: a ja prawie wszedłem na niedźwiedzia, był ode mnie o odległości półtora metra i jadł coś. Jak mnie zobaczył, to się nastroszył, po czym... wrócił do jedzenia. Zacząłem odchodzić, ale pomyślałem "a co tam", wyciągnąłem aparat i zacząłem mu robić zdjęcia!

Wiatr dalej sobie duł, Kanadyjczycy zapewniali rozrywkę, a koło ósmej wieczorem Johan zadzwonił do bazy po nową prognozę pogody. Z urywków usłyszeliśmy "wietrznie... przelotne opady", na co ryknęliśmy śmiechem: czyli co? Huragan? I będzie padało cały dzień? Johan odłożył słuchawkę i oznajmił, że pogoda powinna się do jutra poprawić. Ale jeżeli się nie poprawi, to będą musieli wysłać pomoc i nas ze schroniska ściągnąć...

Ungefär en timme efter vi nådde vandrarhemmet kom ett par tyskar. Tjejen blåstes omkull uppe på leden, de hade inte haft avsikten att stanna kvar över natten men ändrade sig. När de ringde ner till Basar fick de höra att de absolut inte skulle fortsätta med sin vandring ner till Skogar utan stanna kvar i
Fimmvörduhals...

Vi sat
t och pratade då vi såg att några stycken till var på väg mot vandrarhemmet. Det visade sig vara en grupp på fyra kanadensare. Lite senare berättade dem att de hade vandrat mycket, både i USA och Kanada, men aldrig tidigare hamnat i något liknande och konstigt oväder. Det blev en lång kväll med vinden blåsande och ylande ute... Kanadensarna berättade om sina vandringssträckor, sina möten med björnar och jag var verkligen förundrad över deras sätt att vara - väldigt avslappnade, sköna människor... Framåt kvällen ringde Johan upp Basar och frågade om väderprognosen till nästa dag. Vi tjuvlyssnade men hörde bara: blåsigt? skurar? Då började vi garva - hur skulle man tolka det? Som en tyfon? Och dessutom spöregn hela dagen? Johan la på luren och berättade att vädret lär bli bättre nästa dag. Men om det inte blir det då måste de skicka hjälp för att ta oss ner...

5 kommentarer:

  1. Nie, no, człowiek tu paznokcie obgryza, jak można przerwać w tak dramatycznym momencie?!...
    *^v^*

    SvaraRadera
  2. Rany, ale mieliście przygody!! Ale takie się zawsze później najmilej wspomina.I oczywiście ludzie , szczególnie Ci poznani na szlaku. No i te widoki... Uściski.

    SvaraRadera
  3. Twoja relacja z wakacji jest rewelacyjna.
    Piękne zdjęcia , niesamowite przygody.
    Jestem pod ogromnym wrażeniem.
    Pozdrawiam

    SvaraRadera
  4. o matko! przyznaj się -Ty to tak naprawdę Beata Pawlikowska się nazywasz - heheheee - o takich wyprawach to czytałam w książkach, ale nikt znajomy (chyba mogę tak powiedzieć, co?) na taką się nie wybrał:) o rany - wychodzi mi na to że jestem NNCś - najbardziej nudnym człowiekiem świata:)
    pozdrawiam

    SvaraRadera
  5. a czemuż to mój komentarz tak pracowicie napisany, nie pojawił się?

    prawie wypracowanie napisałam a tu tak porażka... ładnie :)
    no to teraz streszczenie napiszę: uuuuaaaaaa! ja piórkuję! ale czad:)

    pozdrawiam

    SvaraRadera