2010-02-24

Chromoterapia 3


Droga do Marakeszu - Vägen till Marrakech


Na pochyłe drzewo arganowe kozy wysokopienne skaczą. Z orzechów arganowych robi się olej arganowy, a ten zawiera mnóstwo witaminy E. Jeżeli się go stosuje do gotowania, to nie wolno go pogrzewać, bo traci swoje właściwości.
Några getter som klättrade på ett arganträd. Från argannötter pressar man olja som innehåller massor med vitamin E. Vill man laga mat med oljan ska man inte värma upp den. Den finns många kooperativ som man kan köpa oljan på, vi var på en där bara ogifta kvinnor (och ogifta med barn) fick jobba - nätterna knäcktes sönder och kärnorna pressades för hand.


Droga do Marakeszu, góry Atlas. Z wysokości ponad 2000 metrów zjazd serpentynami i widoki na lasy cedrowe.
Den krokiga vägen från Atlasbergen ner till Marrakech.

W Marakeszu byliśmy już kiedyś, więc wszelkie pułapki turystyczne sobie tym razem odpuściliśmy. Z góry przepraszam wielbicieli tego miasta, ale ja jestem na jedno WIELKIE nie - smród spalin, wręcz agresywni sprzedawcy... Tak więc zdjęcie tylko jedno - meczet przy placu Djemaa el Fna. Za to następnego dnia...
Vi har redan varit i Marrakech en gång, därför ville vi bara ta det lugnt den här gången. Jag vet att många tycker att staden är helt fantastiskt - nej, inte jag. Luften mörk och tung av avgaser, försäljare som var på hela tiden... inte roligt alls. Därför blir det bara en bild - på en moské som ligger precis intill Djema el Fna.

Essaouira
... błękitne miasto :-) Pierwsza rzecz, na jaką zwróciliśmy uwagę, to kobiety w restauracjach jako kelnerki, w recepcji hotelowej, w sklepach. I do tego pierwsze miasto w czasie tej podróży, gdzie spokojnie można się było dogadać po angielsku.
Den vackra, blåa staden. Det första jag tänkte på att många kvinnor jobbade där med turistservice - både i restauranger, på vårt hotell, i affärer. Och den allra första staden under resans gång där man kunde kommunicera på engelska.


Widok z plaży na stare miasto...
Utsikten från stranden mot Gamla Stan...

... i po raz pierwszy na żywo zobaczyłam kite surferów :-)
...och kite surfers ute på oceanen :-)

Targ rybny - Fiskmarknaden

... i stare miasto od strony portu.
..och Gamla Stan i kvälssol.


Agadir
Mniej więcej 60km od Agadiru zaczyna się droga wzdłuż oceanu. No a jak ocean i porządne fale, to wiadomo - surfing. W pewnym momencie się zaczęłam śmiać, że więcej w wodzie panów z deskami, niż ryb :-)

W Agadirze Jasiek postanowił odwiedzić jakąś większą księgarnię (no przecież książki kucharskie!), na mapie miasta miał zaznaczone, gdzie tego typu księgarnia miała leżeć. No to teraz tylko ją znaleźć. Idziemy, idziemy, ja się rozglądam, podziwiam kwiatki i wróbelki, Johan prowadzi. Coś mi przestało pasować - "gdzie my właściwie jesteśmy?". Jasiek z całym przekonaniem pokazuje na mapie "TU". No dobra, szukajmy dalej, ale za kilkaset metrów stanęłam w poprzek ulicy jak osioł i mówię: "Przecież tu się układ ulic nie zgadza! Jesteś pewny, że to na pewno tutaj?". Na co słyszę syczące: "Bo oni przebudowali miasto. Ulice są w złym miejscu!!!". Jakby ktoś się zastanawiał, to księgarni nie znaleźliśmy... :-)
När man åker till Agadir leder vägen strax intill oceanen. Fina utsikter, stora vågor och mer surfare än fiskar i vattnet. I Agadir försökte ville Johan hitta en större bokhandel med engelskspråkiga matlagningsböcker. Vi hade en karta med oss och gick en lång bit. Jag förlitade mig helt och hållet på honom, att han skulle hålla koll på vart vi ska. Plötsligt kom jag på att något inte stämde med det som _jag_ såg på kartan, frågade om han var säker på att vi var exakt där som vi TRODDE att vi var. Då hörde jag ett väsande: "Gatorna här är på helt fel plats... de har byggt om hela staden!!!". Ifall någon undrar - nej, vi hittade INTE bokhandeln :-)))


Kamienie na plaży wieczorem.
Stenar på stranden.

***
A teraz moje osobiste wrażenia - podkreślam, że _osobiste_ i może być inaczej, niż ja zrozumiałam:
Krętacze/naciągacze: od razu wyjaśnienie - w tym kraju daje się napiwki wszędzie i wszystkim. Co doprowadza czasami do moim zdaniem wręcz absurdalnych sytuacji - chciałam sfotografować plac Djemma el-Fna z większej odległości. Aparat miałam w plecaku, zaczęłam go wyciągać, co przyuważył pan, którego najkrócej można scharakteryzować, jako "znany z tego, że jest znany". Z odległości jakichś 30 metrów zaczął do mnie biec. Ja jego w swoich planach fotograficznych zupełnie nie miałam, więc mu powiedziałam wyraźnie, ale grzecznie i z uśmiechem "nie, dziękuję". Pan się odwrócił i zaczął odchodzić... uprzednio z zadziwiającą precyzją splunąwszy mi koło nóg... Dla kontrastu Pan Pasterz od kóz wysokopiennych - wysiedliśmy z samochodu i ostrożnie zaczęliśmy podchodzić do stada. Kozy jak nas zobaczyły, to się przestraszyły (co to takie białe, dziwne :-) i z krzaków zeskoczyły. Na co Pan Pasterz zwierzaki z powrotem zagonił w naszym kierunku, uspokoił szczekającego psa i parę razy ręką machnął i nam pokazał, gdzie się następna koza uwysokopienniła. Skończyliśmy robić zdjęcia i to _ja_ do pana podeszłam; pan pieniądze przyjął, uśmiechnął się i podziękował. Z takim czymś problemów to ja nie mam...

Jedzenie marokańskie jest absolutnie fantastyczne :-) Jedna z narodowych potraw - tajine:




Danie przygotowane w charakterystycznych, stożkowatych naczyniach - też o nazwie tajine :-) W składzie może być wszystko - kurczak, ryba, wołowina, suszone śliwki, warzywa. Na stół ma być postawione wrzące i pod pokrywką, bo jak się tą pokrywkę podniesie to bucha zapach marynowanych cytryn, oliwek i przypraw :-) To, co mi się o wiele mniej podobało, to niestety standard w restauracjach. W ramach wyjaśnienia - w Maroku byliśmy już raz i wtedy się załapałam na klasyczne zatrucie pokarmowe. I wtedy, i teraz byłam szczepiona na cholerę (szczepionka na cholerę podnosi _podobno_ odporność na ewentualne zatrucia pokarmowe), do tego bardzo uważaliśmy, co jedliśmy. Przy czym problem polega na tym, że kiedy dostaję jedzenie na brudnym talerzu, albo sztućce z jeszcze świeżymi czyimiś resztkami jedzenia, to ja mogę sobie uważać do woli... Aha - nie jedliśmy w podejrzanych miejscach, tylko w restauracjach średniej klasy, _polecanych_ w naszym przewodniku... Tym razem wytoczyłam walkę z bakteriami (oczywiście poza poproszeniem kelnera o nową zastawę) - spirytusem odkażałam przed jedzeniem i ręce, i sztućce. Johan mnie spytał w pewnym momencie, czy ja nie zaczynam rozwijać paranoi. Tylko na niego łypnęłam i powiedziałam, że lepiej mieć paranoję przez tydzień, niż zatrucie pokarmowe przez dobę. W każdym bądź razie żadnych problemów tym razem nie było.
På bilden den marokanska maträtten tajine - den kan innehålla olika ingredienser - kött, kyckling, grönsaker. Regeln är att den måste förberedas i de karakteristiska kärlen som också heter tajine. Så fort man får maten på bordet och locket tas bort känner man alla dofter av marinerade citroner, örter och kryddor :-) Fantastiskt gott!

Następna sprawa - policja i kontrole żandarmerii. Mnóstwo policji na drogach, z radarami, w okolicach niektórych miast znak stopu i są sprawdzane wszystkie samochody po kolei jak leci, albo jak sie spodoba żandarmowi. Jak przez te wszystkie kontrole są przepuszczane stare mercedesy, w których siedzą trzy osoby na przednim siedzeniu, a cztery z tyłu, to nie wiem :-)
***



3 kommentarer:

  1. Kul att få "följa med" på resan. Mycket spännande.

    SvaraRadera
  2. Zazdroszczę Ci tej podróży! Za każdym razem czytam z zapartym tchem i czekam na więcej!

    SvaraRadera
  3. Gunilla - tack snälla :-) Det var en annorlunda resa, vi är mycket nöjda!

    Fiubzdziu - to ja sie tu OGRANICZAM ze zdjeciami i tekstem, a Ty czekasz na wiecej... ;-) Niestety to byl juz ostatni odcinek marokanski, teraz juz bede siedziec grzecznie i dlubac na drutach :-)

    SvaraRadera