2009-05-22

Cecilia Bartoli


Igår var jag på Cecilia Bartolis absolut fantastiska konsert! Biljetten till denna konsert köpte jag för exakt ett år sedan... Jag lyssnade mycket på hennes skivor tidigare så jag visste vilken röst hon har, men att SE henne på scen var en otrolig upplevelse! Hon sjöng de flesta stycken från hennes näst sista skiva, Maria Malibran. Det var också intressant vilken orkester hon samarbetade med - de spelade på tidstrogna instrument- därav den mjuka, sköna klangen - och utan någon dirigent. Och ja, jag har fått hennes autograf också! :-)
O operze będzie, łolaboga. Ostrzegam, bo jak ktoś nie lubi, to już teraz może przerwać czytanie i iść posłuchać tego, co bardziej uważa za stosowne :-)
O ile dobrze zrozumiałam, to w XVII i XVIII wieku sceny operowe były zdominowane przez śpiewaków-kastratów (nie, Farinelli, ten z filmu, nie był ostatnim kastratem, to było fatalne tłumaczenie tytułu polskiego). Tak było do momentu, w którym na scenie nie zadebiutowała siedemnastoletnie Maria Malibran, a było to w roku 1825. Według informacji, do których ja dotarłam, Maria została uznana za pierwszą romantyczną śpiewaczkę-divę w hstorii opery. Aby uciec spod wpływu ojca (tenora i kompozytora) wyszła (w dalszym ciągu mając 17 lat...) za mąż za starszego od siebie o 28 lat kupca. Koncertowała w Stanach i Europie, była uwielbiana przez publiczność, inspirowała kompozytorów. Na przykład ta aria:




...była napisana przez Mendelssohna z uwagą , że partię skrzypiec ma wykonać Charles de Bériot. Ale sprytna siostra Mendelssohna domyśliła się sybko, że skoro partię skrzypiec ma wykonać de Bériot, to partię sopranu chyba w takim razie jego żona, czyli Maria :-) Tak czy inaczej aria została wykonana dwa razy przez innych muzyków, po czym zupełnie zapomniana. Do czasu, aż odgrzebała ją Cecilia Bartoli, a na której to Cecilii koncercie byłam wczoraj.
I właśnie repertuar wykonywany przez Marię, pisany dla niej i przez nią śpiewała wczoraj Bartoli. Już wcześniej podzwiałam jej niesamowitą technikę, giętkość i barwę głosu, ale zobaczyć ją na żywo - to było dopiero TO! Na scenie widać, że się świetnie bawi, a jej jodłowania by się nie powstydził żaden Tyrolczyk biorący udział w Oktoberfest :-))) Zaśpiewała cztery bisy, z czego do trzeciego (Yo oue soz contrabandista Garcii) Cecilia wyszła z kastanietami. A i owszem, grała na nich, po czym w połowie arii stwierdziła, że ręce jej są jednak potrzebne do czego innego, wsadziła kastaniety do stanika i... jechała z arią dalej :-)
Obłędna orkiestra - grali na instrumentach dawnych, których ja nigdy wcześniej na żywo w podobnym składzie nie miałam okazji usłyszeć. Miękkie brzmienie, o wiele bardziej dyskretne w porównaniu z oriekstrą współczesną, więc czasami trzeba się było naprawdę wsłuchać, żeby wszystko _usłyszeć_. Ale za to jakie piano... Do tego niesamowicie zgrani, grali bez dyrygenta, z pierwszym skrzypkiem jako koncertmistrzem (i solistą :-).
Przyuważyłam informację, że Bartoli będzie dawać autografy po zakończonym koncercie. Oczywiście pognałam w stosowne miejsce, u tu kolejka na oko jakoś ze 150 osób... Odstałam grzecznie swoje, pogadałam ze starszym panem kolejkowiczem, który mi się przestawił jako "opera freak", podchodzimy bliżej, a tu informacja, że Cecilia a i owszem, daje autografy, ale tylko i wyłącznie na swoich CD i DVD... A my wraz ze starszym panem obydwoje tylko programy w garściach... Miałam dwa wyjścia - albo udawać nagle, że nie znam szwedzkiego i informacja do mnie nie dotarła, albo - nauczona życiowym doświadczeniem - rżnąć tzw. głupa, czyli odczekać resztę kolejki, podejść do Cecilii z uśmiechem naookoło głowy, oznajamić, że się ją uwielbia, ma się jej wszyskie płyty (no dobra, tu trochę kłamałam :-), koncert był fanstastyczny, uściskać ją, poprosić o zdjęcie i na koniec zażądać autografu. Wybrałam wyjście numer dwa, no i co? Cecilia zalana takim potokiem miłości podziękowała, że poświęciłam swój czas i przyszłam na jej koncert. Ustawiła się do zdjęcia (jest dosyć niska, więc popatrzyła na mnie do góry i się zaczęła strasznie śmiać... i ludzie w kolejce za mną też się zaczęli strasznie śmiać :-))) Skutek akcji: zdjęcie mam? Mam. Autograf mam ?


MAM :-)))
Po koncercie spytałam obsługę, dlaczego i od kogo taka informacja o podpisywaniu tylko płyt. Wyjaśniono mi, że to sama Bartoli o to proposiła - poprzednim razem, jak była w Sztokholmie ludzie biegali z papierkami, biletami i fistaszkami, których podpisywanie zajęło bardzo dużo czasu. Dlatego organizatorzy próbowali tym razem wprowadzić - przynajmniej oficjalnie - jakieś ograniczenia.
Dla tych, którzy mimo początkowego ostrzeżenia wpis jednak przeczytali, dotarli do tego miejsca i się nie zanudzili na śmierć, mogę napisać, że Cecilia miała w pierwszej części koncertu białą suknie jedwabną z trenem i naszyjnik z brylantów wielce dających po oczach. A w drugiej części koncertu miała czerwoną suknię jedwabną z _gigantycznym_ trenem (tą z filmiku u góry) i bransoletkę z brylantami nieco mniej dającymi po oczach :-)
...miłego łikędu życzy B :-)

5 kommentarer:

  1. jejejejejeee....

    naprawdę jesteś w stanie wyłapać różnice brzmienia pomiędzy instrumentami dawnymi i współczesnymi? niezła jesteś....
    bo ja słyszę jedynie, ze coś gra:)

    fajnie, że udało Ci się z autografem:) unosisz się pewnie teraz jakiś metr nad ziemią? pozdrawiam

    SvaraRadera
  2. Witaj
    Od jakiegoś czasu pozwalam sobie na zaglądanie do Twojego bloga.
    Ten dzisiejszy wpis jest extra.
    Prawdę mówiąc takiej historii " śpiewaków" nie znałam.
    Gratuluję zdobycia autografu i zdjęcia , warto było czekać tak długo:))
    Muszę jeszcze pochwalić Twoje śliczne szale , szczególnie ten ostatni "Paisley Long Shawl"...jest cudowny i obłędnie uroczy.
    Pozdrawiam
    Kocurek

    SvaraRadera
  3. O ja!

    Strasznie Ci zazdroszczę tego koncertu. Cecilia jest naprawdę niesamowita i ja, jak ja, ale moi rodzice się w niej kochają oboje...

    U nas w Łodzi co prawda z muzyką poważną i operami coraz lepiej, ale do pani Bartolli nam jeszcze sporo brakuje.

    Swoją drogą zabawne — czytam Twój blog już od dość dawna i podziwiam Twoje robótki, a komentuję dopiero jak piszesz o operze. :D

    Pozdrawiam,
    Joanna.

    SvaraRadera
  4. Posłuchałam, poczytałam, dowiedziałam się tego i owego. Co do kastratów - sporo na temat w książce Janusza(?) Ekierta "Lustro epoki" Polecam uwadze, wydane dość dawno. Swoją drogą nie często na blogach robótkowych gości opera. Pozdrawiam

    SvaraRadera
  5. Kicie - zapraszam Cię do zwierzeń jeśli masz chęć:)
    pozdrawiam

    SvaraRadera