2011-03-11

Bara polska (om körkortet såklart :-)

Wpis o tym, jak się robi w Szwecji prawo jazdy. Jak ktoś chce czytać, to niech teraz od razu idzie siku, bo przydługawo będzie. Nie lubię przegadanych wpisów, ale ten to będzie wyjątek.

Zaczęłam od załatwiania pozwoleń, co mi zajęło jakieś trzy miesiące. Standard, czyli sprawdzanie wzroku i podpisywanie papierów, że nie ma się chorób, które mogą wpływać na zdolność prowadzenia samochodu. Do tego zaświadzenie z obowiązkowego kursu z Johanem. Z Jaśkiem miałam się uczyć prywatnie - wygląda to tak, że na samochodzie się mocuje specjalne oznaczenie (tak wygląda) i można jeździć, przy czym w razie problemów całą odpowiedzialność prawną ma osoba, która uczy. Nie, nie ma wielu wypadków z udziałem samochodów z taką tabliczką, ale niestety wyzwala ona w idiotach dziwne instynkty, chyba w celu pokazania, że oni prawo jazdy _już_ (a co poniektórzy to _jeszcze_...) mają.

Szkół jazdy od diabła i jeszcze parę. Ja się przeszłam do chyba czterech, generalnie po to, żeby się zorientować w klimacie. Patrzyłam nie tylko na ceny, ale i na ich godziny, w których mogłam mieć lekcje. W jednej ze szkół na ten przykład pani nie wiedziała, ile kosztuje pakiet 20 lekcji, jak ja jej powiedziałam ceny, które znalazłam na stronie internetowej, to miała problemy ze wstukaniem nazwy szkoły w google. Szybko stamtąd wyszłam. W innej czynne było do 17, co odpadało z miejsca, bo ja ze szpitala wychodzę dopiero koło 16:30. Jak weszłam do tej szkoły, na którą się potem zdecydowałam, to mi pani od razu wyłożyła wszystkie warunki. No i jak się potem okazało mogłam mieć lekcje nawet i o 19. Lekcji wykupiłam dużo, bo około 60, do tego wyjeździłam jeszcze przynajmniej dwa razy tyle (!!!) z Johanem.

Kursy obowiązkowe są dwa. Teoria o zagrożeniach spowodowanych przez narkotyki, alkohol i zmęczenie. Była tylko teoria, praktyki nie było - a tam to bym się dopiero nauczyła :-)))

Drugi obowiązkowy kurs to była rewelacja. Grupa osiem osób, po dwie osoby w samochodzie. Najpierw poszliśmy do baraku, gdzie można było zobaczyć samochody po autentycznach wypadkach: zderzenie czołowe, kolizja z łosiem - z wypchanym łosiem na masce. Przy okazji prowadzący wyjaśniał, co i jak trzeba _próbować_ robić w takich sytuacjach. Na przykład jak na jezdnię wybiega łoś i wiadomo, że się nie ma szans wyhamować, to trzeba celować w tylną część bydlaka. Sarny po wbiegnięciu na jezdnię mogą zawrócić, ale łosie jak obiorą kurs, to raczej suną tylko naprzód i trzeba zmniejszyć siłę uderzenia. A łoś ma większą masę w przedniej części ciała...

Potem trzeba się było usadowić i porządnie zapiąć pasy w starym Volvo, bo się dachowanie odbyło. Pan nacisnął pilota, a jak już byliśmy do góry nogami, to poprosił chłopaka siedzącego na miejscu kierowcy o otworzenie drzwi i próbę wydostania się o własnych siłach z samochodu. No niestety się nie udało. Następny punkt programu to zderzenie w wagoniku przy prędkości 7 km/h. Ujmę to tak - okropne odczucie...
No i część praktyczna kursu, czyli poślizgi. Zanim zaczęliśmy prowadzący poprosił, żebyśmy zgadli i napisali, jaki dystans hamowania będziemy mieli przy określonych prędkościach. Potem była praktyka - jeden pas zwykła jezdnia (tyle, że pod śniegiem i lodem, boć to grudzień był), na drugim specjalna, śliska powierzchnia. Wzdłuż pasów były oznaczenia w metrach, żeby można było samemu się przekonać, ile naprawdę będzie wynosić trasa hamowania. No i się zaczęło :-))) Trzeba było rozpędzić samochód do podanej prędkości (łączność radiowa z prowadzącym :-), a potem w określonym punkcie maksymalne hamowanie. Hamulec do deski, samochód sobie jechał, jechał i jechał, a my podziwiałyśmy, jak bardzo się w naszych początkowych i wielce optymistycznych przypuszczeniach co do dystansu myliłyśmy... Inne ćwiczenie to hamowanie i próba wyminięcia nieszczęsnego łosia - napierw normalnie, a za drugim razem ze zgaszonym silnikiem ("nie musicie wyciągać kluczyka" by złośliwy prowadzący :-). Reakcja - no przecież wyłączam wszystkie systemy wspomagania!? No obawiam się, że właśnie o to chodziło :-))) Na zakończenie kursu mi przypadła rozrywka hamowania z prędkości 50 km/h na ręcznym na śliskim pasie - zaliczyłam trzy piękne pełne obroty :-)))

Kurs teorii nie jest obowiązkowy. Ja miałam korzystną cenę w pakiecie z jazdami, więc na kurs poszłam. Przeczytałam oczywiście (roniąc rzewnie łzy nad mą niedolą) książkę. Jakieś trzy razy. Potem zrobiłam 500 pytań z książki. Następnie wykupiłam konto na portalu internetowym, gdzie było 1020 pytań. Wszystkie przerobiłam z _włączonym_myśleniem_ też jakieś trzy razy. Następnie w mojej szkole jazdy zrobiłam 8 testów na papierze po 70 pytań każdy. Ponieważ chciałam zdawać nie jako osoba prywatna, ale jako uczeń szkoły, to musiałam spełnić warunki wewnętrzne, żeby mnie do egzaminu dopuścili. A warunkiem wewnętrznym było zaliczenie jeszcze 8 testów komputerowych po 70 pytań...


W sali, w której się zdaje egzaminy z teorii telefony trzeba mieć wyłączone. Do tego jest informacja o skanowaniu fal z telefonów komórkowych (czy to naprawdę robią, tego nie wiem). Do tego są lustra pod sufitem, żeby było widać czy ktoś czegoś nie kombinuje. Trzeba odpowiedzieć na 70 pytań w 50 minut, 5 nie jest wliczane do rezultatu, trzeba mieć 52 prawidłowe odpowiedzi. Ja miałam 61, co podobno jest wynikiem bardzo dobrym. Pytań nie wolno fotografować, spisywać i rozpowszechniać. Z tych pytań, z których się przygotowywałam problem rozpoznałam na pierwszy rzut oka mooooże w pięciu. Nad resztą trzeba się było zastanowić. Także nauczenie się na pamięć dużo nie pomoże, trzeba po prostu rozumieć reguły i prawo.


Egzamin z jazdy: zaczęłam bardzo dobrze, bo wyjeżdżając spod szkoły silnik a i owszem, odpaliłam, ale potem się zdziwiłam wielce czemuż, ach czemuż samochód nie jedzie. Instruktor popatrzył litościwie i powiedział: "Musisz wrzucić bieg"... No tak. Dostałam małpiego rozumu. Potem w drodze na egzamin silnik mi zgasł jakieś cztery razy i w tym momencie to ja już w ogóle chciałam prostą drogą do domu, choćby i na piechotę. Ale wtedy pomyślałam: "No przecież teraz mi już może pójść tylko lepiej!".


Egzaminator był uosobieniem spokoju, jak go tylko zobaczyłam to pomyślałam - eee, spoko gość :-) Wyjaśnił, że drobne błędy można robić, to na co się patrzy w pierwszej kolejności to bezpieczeństwo. No i że się będzie odzywał tylko wtedy, jak będzie mi dawał instrukcje. Moja radosna reakcja: "No nareszcie nikt mi nie będzie mamrał!!!".


Wyjazd z parkingu, patrzę a chłopak (też zdający) w samochodzie przede mną się miota po siedzeniu. Stanęłam grzecznie, czekam, bo widzę, że biedny dopiero teraz (!!!) zaczyna zapinać pasy. Loża szyderców się we mnie obudziła - "No to nie taki głupi pomysł żeby zapiąć pasy na egzaminie...". Egzaminator popatrzył i zaczął się śmiać.


Mój instruktor mi powiedział, że cały egzamin zazwyczaj trwa jakieś 45 minut. Ja na parkingu się zjawiłam z powrotem po około 25 minutach. Po egzaminie istruktor mi powiedział, że egzaminator pradopodobnie szybko widział, że nie będzie miał większych zastrzeżeń. Wjazd na autostradę (i zjazd z), jazda po mieście, zawracanie, _bezwzględnie_ trzeba przepuścić pieszych na pasach. Stanąłam, żeby puścić jakiegoś starszego pana, który to starszy pan na przejściu się do mnie odwrócił i z uśmiechem naokoło głowy mi pomachał :-)


Po egzaminie niezależnie od rezultatu jest gadka umoralniająca, co się zrobiło źle, o czym trzeba pomyśleć, co trzeba jeszcze poćwiczyć. Ja po zaparkowaniu jedyne co usłyszałam to: "Jazda jest zaliczona. Masz zaliczoną teorię? Tak? No to masz prawo jazdy". Na co ja "Yyyyy????" :-))) Ale egzaminator kontynuował : "Aha, masz warunek... masz soczewki?" - "No mam". - "Nie możesz prowadzić bez soczewek, albo okularów". Na co usłyszał odpowiedź - -"No przecież ja drzwi w domu nie znajdę bez soczewek". Pan się zaczął jakoś tak dziwnie trząść, ale podpisał protokół, podziękował i wysiadł z samochodu :-)))


I to by było na tyle? No niestety nie. Jeżeli w ciągu najbliższych dwóch lat policja mnie capnie za przekroczenie prędkości nawet o _jeden_ kilometr na godzinę, to według prawa z miejsca tracę prawo jazdy. I cała kołomyja się zaczyna od nowa. Znajomi mi powiedzieli, że przez te próbne dwa lata to jeździli jako te święte aniołki. Jak im się przypominało, jak się robi prawo jazdy, to woleli się dopasować do wszystkich możliwych przepisów i nie ryzykować powtórnych egzaminów.

Podsumowanie: czas - dziewięć mięsięcy. Wolę nie liczyć i nie wiedzieć, ile pieniędzy. No i _nieprawdopodobna_ ilość energii, mojej i Johana. Oczywiście mogłam pojechać do Polski, zrobić tam prawo jazdy o wiele szybciej i zapłacić ułamek ceny. Ale wyszłam z założenia, że będę jeździć tutaj, warunki drogowe są, jakie są i muszę sobie radzić według tutejszych reguł. Jeżeli ktoś uważa, że wymagania są wyśrubowane, to tylko napiszę na koniec, że Szwecja w 2010 miała najniższy na świecie odsetek ofiar śmiertelnych w wypadkach samochodowych. Są różne sytuacje i po prostu trzeba sobie samemu dać szansę.

11 kommentarer:

  1. Nie mogło być praktycznego kursu z nadużywania alkoholu za kierownicą, bo alkohol jest zbyt drogi na takie zabawy! *^v^*
    Bardzo interesujące, szczególnie to szkolenie ze zderzenia z łosiem. ^^
    Trochę się rozczuliłam, ja jeżdżę starym Volvo!

    SvaraRadera
  2. Serdecznie gratuluję, ja zdałam prawo jazdy w Polsce przed miesiącem i... z przykrością stwierdzam, że duży odsetek kierowców zachowuje się KARYGODNIE wobec osób początkujących - jeżdżących prawidłowo i przepisowo. Życzę szerokiej drogi i przysłowiowych gumowych drzew (i łosi) Pozdrawiam :)

    SvaraRadera
  3. Det var ju lite oschysst för dina "svenska" läsare. Betyder det att du tagit eller försökt ta körkort?

    SvaraRadera
  4. Gunilla - kolla inlägget innan, från samma dag.

    Ja, jag tog körkort igår. I inlägget på polska förklarar jag endast hur det går till här i Sverige. Skillnaderna i att ta körkort här i Sverige och i Polen är _stora_ och jag såg faktiskt ingen anledning till att beskriva på svenska vad man gör t.ex. på halkbanan...

    SvaraRadera
  5. Gratulacje wielkie!!! Miałam wcześniej zapytać co z Twoim prawkiem ale skoro sama nie mówiłaś to nie chciałam się narzucać. Te dodatkowe szkolenia świetne, bardzo bym chciała sama takie przejść, szczególnie poślizgi i jazda po śniegu. Ja pomimo prawka od października jeżdże bardzo mało i pomału coraz bardziej boję się wsiąść do samochodu. Uważam, że w Polsce 40 godzin jazd to stanowczo za mało, ja dokupiłam ze 20 i w zasadzie na tych dodatkowych tak naprawdę nauczyłam się jeździć,pomimo, że instruktora miała świetnego. A jazdy własnym samochodem ( z wykupionym ubezpieczeniem i naklejka) wcale nie ma i tak naprawdę nie ma kiedy sie nauczyć jeździć. Teraz nikt mi nie daje samochodu bo sie boją, że im rozwalę (chociaż jazdę po mieście zdałam za pierwszym razem). I tak koło się zamyka. Kitku- szerokiej drogi Ci życze.

    SvaraRadera
  6. Ulaj - w tej chwili tutaj sa np. scisle wytyczne co do jezdzenia ekologicznego, czyli na przyklad przed czerwonym swiatlem trzeba zwalniac stopniowo najlepiej na tyle, zeby samochodu nie trzeba bylo zatrzymywac. Ale ludzie, ktorzy maja prawo jazdy od dawna, tego sposobu jazdy nie uznaja/nie respektuja. Pare razy mi sie zdarzylo - i to w oznakowanym samochodzie ze szkoly jazdy - ze ktos uznal, ze przede mna jest bardzo duzo miejsca i po prostu mi sie wladowal, z hamowaniem i swoim, i moim jako skutek. Takich artystow jest wszedzie pelno, niezaleznie od tego, gdzie sie mieszka :-/

    Edi - Jezeli sie zaczyna od _zerowych_ umiejetnosci (tak jak ja) to 40 godzin jazdy to jest tyle, co NIC. Ja potrzebuje samochodu w pracy, wiec do praktyki bede zmuszona. Solowo poki co nie bede jezdzic, ale na wlasna odpowiedzialnosc juz tak.

    Wydaje mi sie, ze w miare mozliwosci czasowych powinnas po prostu wieczorami, jak jest mniej ruchu i z kims spokojnym, do kogo masz zaufanie, wsiasc do samochodu i pojezdzic. Bedziesz pod kontrola, nabierzesz praktyki i przede wszystkim sie pozbedziesz strachu.

    Co do dodatkowych szkolen po sniegu/lodzie - nie da rady, trzeba znac szwedzki, zeby to zrobic tutaj ;-) W przeciwnym razie z miejsca kaza wracac do domu.

    SvaraRadera
  7. Gratulacje, bo pracy i stresu masa. Ale zazdroszczę takiego kursu. Tak powinno być, zresztą odsetek wypadków mówi sam za siebie. Szerokiej (i niezbyt śliskiej oraz nieobfitującej w łosie) drogi :))))))

    SvaraRadera
  8. Moje doswiadczenie ubiegloroczne z zabitym przez kierowce zwierzeciem na szwedzkiej drodze jest koszmarne. Trzy samochody stojaca na awaryjnych swiatlach, kilku mezczyzn dyskutujacych jak pomoc zwierzeci potraconemu i pedzacy z przeciwka samochod, ktory dobil, przelecial nad zwierzyna, ale sie nie zatrzymal. O maly wlos nie zgarnal przy okazji mojego meza pod kola. Koszmar. Lomotu nie zapomne, a przy okazji mam blizne na twarzy bo dostalam odlamkiem roztrzaskanego blotnika :-( Glupota ludzka nie zna granic niestety.
    Kiedy jade do Polski samochodem to potrzebuje 1-2 by oswoic sie z "atmosfera" na jezdni. Na codzien mam sielanke na ulicach zazwyczaj.
    Pozdrawiam i gratuluje körkortu, bo bez tego znacznie trudniej sie funkcjonuje tu.
    K.

    SvaraRadera
  9. A potem się okazuje, że palanci i tak po drogach jeżdżą i w Szwecji niestety....
    Najwięcej palantów znajdziesz na rondach, bo zasady jazdy na nich zmieniły się na zaraz jakoś po 2000 roku i większość się nie douczyła... Ja zdawałam na prawko raz w Polsce, potem w Szwecji, bo niestety wtedy nie mogłam prawka wymienić - i tu, i tam nauczyłam się dobrych i przydatnych rzeczy:)

    SvaraRadera
  10. Kurs świetny. Żal że w Polsce tak to nie wygląda. Myślę, że mniej "łosi" jeździłoby wariacko.

    SvaraRadera