2016-06-09

Tyresta nationalpark



Zeszły łikęt był długi (święto narodowe) i pogoda dopisała. Wybraliśmy się do parku narodowego Tyresta. Byliśmy tam już dwa lata temu (relacja tutaj). Tym razem do parku postanowiliśmy wejść "od kulisów", czyli od południowego zachodu. Trasa, którą szliśmy ma sześć kilometrów i spory jej kawałek prowadzi przez ciekawy obszar.


W 1999 roku na terenie parku wybuchł potężny pożar: spłonęło 450 hektarów, czyli jakieś 10 % powierzchni lasu. Teren był zamknięty aż do maja 2000 roku - tyle trwało oczyszczanie i zabezpieczanie szlaków. W dalszym ciągu są informacje, żeby nie łazić poza trasami i jest ryzyko, że jakiś przegniły pień poleci w nieodpowiednim kierunku.



Korniki. To na pewno wina korników.

Na początku była panika, no bo to dobro narodowe, las pierwotny i tak dalej. A po kilku latach okazało się, że przyroda sobie świetnie poradziła bez ingerencji człowieka. Na pogorzelisku zaczęły rosnąć rośliny, których do tej pory w tym biotopie nie widziano. Wprowadziły się rzadkie gatunki i owadów, i ptaków. Ten gatunek, który ucierpiał, to głuszce, bo one do rozmnażania muszą mieć warunki innego typu.  



Tu już część nienaruszona. Po prostu _porządny_ las :-) Granicę pożaru oraz zdrowego lasu widać bardzo wyraźnie, z tym że drzewa na styku są nieźle potargane.


Kwiecista suknia z falbanami (deseń w róże i fiolety), fioletowe legginsy, fioletowe skarpetki (w kotki rzecz jasna), czyli w przyszłości pewna kandydatka na Kasprowy w szpilkach. Mijani współwędrowcy uśmiechali się wyrozumiale. Na wyśpiewywane, siedząc w nosidle, na cały gardło piosenki (repertuar leciał w trzech językach) usłyszeliśmy komentarz: "Jakby mnie tu nieśli, to też bym śpiewała".


Szlak był "średni/trudny", długość sześć kilometrów. Dla nas (czyli osobom towarzyszącym prawie trzylatce), w sam raz. A że dziecina się zmachała i pierwszy raz kiedykolwiek w sobotę wieczorem zasnęła o przyzwoitej godzinie, to nam nie przeszkadzało nic, a nic :-)