2015-05-22

Łamigłówki



Mówiłam, że mnie norweskie trole ugryzły :-)

Jeszcze tylko tak zwana RESZTA, na drutach 2,5 mm i w dodatku trzy steeki. Aha, z alpaki to wydłubane. Wzór jest koloru zgaszonego malinowego, nie wiem, na ile mój aparat/komputer to przekazuje.

Miłego łikędu!

2015-05-15

Härkeberga kyrka

Korzystamy z długiego łikendu. Pogoda okropna - zimno, pada i wieje, czyli typowy szwedzki maj. Na chodzenie w terenie ochoty nie mieliśmy. Na szczęście przypomniało mi się, co chciałam zobaczyć już w 2009 roku - ale mi  się jakoś wcześniej nie złożyło.

Albertus Pictor - najbardziej znany szwedzki średniowieczny malarz. Pochodził z Niemiec, mieszkał w Szwecji od 1473 roku aż do swojej śmierci w 1509 roku. Ozdobił około 30 kościołów. My pojechaliśmy do kościółka w Härkeberga, około 70 kilometrów od Sztokholmu.


Wybraliśmy Härkeberga, bo tam nikt na szczęście nie wpadł na pomysł, żeby średniowieczne malunki popoprawiać, albo nie daj Boże zamalować w całości. Po 1700 roku co prawda zamalowano wapnem części na ścianach, warstwę tę zdjęto w latach 30 ubiegłego wieku. Niestety zniszczenia są, widać to na zdjęciu powyżej. Sklepienie natomiast wygląda tak, jak Pictor je pozostawił.


W 1773 roku ktoś postanowił, żeby wsadzić do kościoła organy. Także niestety część malowideł jest przysłonięta, na chór wejść się nie da.


W kościele była pani (kościelna). Porozmawialiśmy z nią chwilę, spytałam, który z malunków jest jej ulubionym. Pokazała z uśmiechem na karmiącą Matkę Boską.


Czego tam nie ma: smoki, potwory, święci, nieświęci, opowieści biblijne, zawijasy. Spytaliśmy o kolory, na ile są zachowane. Pani kościelna powiedziała, że czarno-brunatny pigment się utlenił i w oryginale był czerwony przez jakieś sto lat od pomalowania. Trudno sobie to teraz wyobrazić, ale to sklepienie musiało aż kipieć od kolorów.


Mój ulubiony fragment, czyli wieloryb połyka Jonasza.


I to by było dzisiaj na tyle... :-)

2015-05-04

Ale za to niedziela...

Plany mieliśmy zupełnie inne, ale je nam pokrzyżowały choroby. Jak się trochę odchwyciliśmy, to spakowaliśmy manatki i udaliśmy się w pobliską zieloną dal.



Dla każdego coś miłego: Matka Wyrodna siedzi i w słońcu dłubie na drutach. Dziecko leży w tym czasie na środku dróżki i sprawdza, z czego się składa gruz. Biegacze i spacerowicze z uśmiechem i stoickim spokojem Dziecko starannie omijają. Pomysłowy Ojciec szura w tym czasie po krzakach i szuka kleszczy (albo one jego).

***


Ciasto rabarbarowo-migdałowo-kardamonowe. O smaku niech świadczy to, że upiekłam je drugi łikęt z rzędu, a to się u nas rzadko zdarza. A może nawet nigdy? :-)

***
Z cyklu "Szczyt profesjonalizmu"

Bardzo ważne spotkanie. Przy czym jakoś tak wyszło, że Główna Zainteresowana i Osoba Towarzysząca to Polacy, więc był potrzebny tłumacz dla reszty towarzystwa.

Spotkanie trwa, Główna Zainteresowana w pewnym momecie wybucha: "Przecież ja od tego wszystkiego to kota dostanę!". Osoba Towarzysząca, mrucząc: "No to niech on im tego kota teraz przetłumaczy".

Miłego życzę.
A, i nie dostawajcie kota :-)