2014-08-15

Pocztówki z wakacji


En kort sammanfattning på svenska: Johan åkte upp till fjällen med en vandringskompis, de var ute i nio dagar bl.a. på Kebnekajse. Jag kände inte för att sitta hemma själv och kryssa mellan sandlåndan, tvättmaskinen och ICA. Jag packade ner väskan, tog Lillfröken i selen (Tula, den bästa selen!) och vi åkte tillsammans till Rhodos. Varmt. Det var varmt, men det blev ändå en skön semester!

***
Panowie pojechali na północ...




Zrobili 170 kilometrów w 9 dni. Weszli między innymi na Kebnekajse.

... a panie pojechały na południe. Jakoś Duża stwierdziła, że chodzenie po śniegu z plecakiem i wielce aktywnym prawie rocznym dzieckiem jest w tym roku nieaktualne. Ponieważ się wkurzyła, że nie będzie łazić na trasie pralka - zmywarka - spożywczy - piaskownica - pralka - piaskownica i.t.d., więc spakowała manatki, wsadziła dziecko w nosidło (Tula!!! :-) i pojechała na Rodos. Mała stwierdziła, że jak mama jedzie, to ona też.

Zwiedzałyśmy na przykład Stare Miasto w Rodos. Klimat niesamowity, prawie słychać stukot końskich kopyt na kamiennym bruku :-) Mogliby jednak się trochę ogarnąć i popracować na przykład nad oznaczeniami tras. Szukanie wymarzonego, konkretnego kościoła z freskami średniowiecznymi bez wskazówek w stylu nazwy ulic na budynkach, a to w upale i z podskakującym dzieckiem w nosidle na brzuchu skończyło się jedynie zirytowanym stwierdzeniem "A niech sobie malują!".



The Street of Knights
Tutaj prawdę mówiąc najpierw zobaczyłam haft w oknie, dopiero potem kociszcze.

Pojechałyśmy też do Doliny Motyli. Przemiła pani sprzątaczka w hotelu, Hene, powiedziała mi, że na podziwianie motyli jedzie się koło 9 rano, bo one wtedy fruwają. No tylko weź i zedrzyj z wyrka Jaśnie Pannę o tak rannej godzinie... Do motyli pojechałyśmy więc pod wieczór, jak już było chłodniej.





Hene miała rację, motyle spały, tylko nieliczne rozwijały skrzydła i migały na pomarańczowo. Ewa też spała, w nosidle, co spowodowało, że została często i gęsto komentowaną atrakcją turystyczną :-) Jedną panią to aż musiałam odganiać, że dziecko jest, a i owszem, sweet, ale śpi i proszę nie dotykać. Samo miejsce to oaza, ale miałam wrażenie, że turystów było mniej więcej tyle samo, co motyli.


Widok spod klasztoru Kalopetra.


Ewa liczy kamienie na plaży. Prawie wszystkie policzyła, ale się pomyliła i musiała zacząć od nowa.

***

Podróżowanie z dzieckiem w pojedynkę? Z moim dzieckiem zero problemów.

Po raz kolejny stwierdziłam, że karmienie piersią to wybawienie. Zwłaszcza w sytuacjach, gdzie nie ma dostępu teraz, zaraz i natychmiast do jedzenia stosownego dla niemowlaka (rozmowa w restauracji: nie, moje dziecko nie może jeść frytek, jest jeszcze za mała!). Wózka ze sobą nie brałam, bo po prostu mi się nie chciało taszczyć koromesła, którego trzeba pilnować. No a poza tym moja stara śpiewka, czyli "weź i tu wjedź wózkiem, powodzenia!".

Miejsce jest bardzo turystyczne, do dziwnych pytań są przyzwyczajeni. Dla mnie to była ulga  i przyjemna odmiana w porównaniu do naszej ostatniej podróży, po której na dłuższy czas zraziłam się do jakichkolwiek wyjazdów. Na Rodos - no cóż, chodziłam wszędzie sama, i to w dodatku z małym dzieckiem :-)

Trochę ciężko było z przystosowaniem się małej do temperatur, ale w tym momencie po prostu się trzeba było dopasować do jej możliwości - czyli łażenie w godzinach południowych sobie odpuścić, siedzieć w cieniu, dopasować ubrania, pozwolić na taplanie się w basenie. No i oczywiście dawać pić, dawać pić i jeszcze raz dawać pić. Albo dawać arbuza, był trochę bardziej popularny, niż ciepława woda :-)

Po tej wyprawie z ulgą stwierdziliśmy, że dziecko i po matce, i po ojcu gen powsinogi na szczęście odziedziczyło :-)

2014-08-08

Status dwulipcowy

En kort sammanfattning på svenska: förra året, när jag väntade Lillfröken, påbörjade jag ett yllebroderi från Fingerfärda. Jag gjorde alla plattsömmar då. I juli i år jobbade jag stenhårt med alla själksömmar. Ett roligt projekt, men mycket tids- och arbetskrävande. Det lär alltså ta minst en månad till av sommaren 2015 att slutföra det... 

W zeszłym roku, gdy w siódmym miesiącu ciąży zakończyłam działalność pracową, stwierdziłam, że trzeba się w oczekiwaniu na Dostawę czymś zająć. Swetrów wtedy nie było sensu robić, innych pomysłów nie miałam, natomiast na kuraki w dalszym ciągu patrzę z rozczuleniem. Pomyślałam więc, że jakiś haft wełniany by się przydał. Wybór padł na Istulpan z Fingerfärda.


Taki był stan w lipcu 2013, na tym etapie zrobione były na tamborku ściegi płaskie z całego wzoru. Mam za mało doświadczenia i za rzadko robię takie rzeczy. Jak już jakiś fajne rozwiązanie wymyślam, to potem i tak zapomniam i rozpoczyna się ponowne wyważanie otwartych drzwi. Także bezpieczniej i efektywniej jest, jeżeli robię po kolei podobne elementy. Wtedy sobie właśnie wymyśliłam, że najpierw zrobię wszystkie ściegi płaskie, a potem to rach, ciach, mach i sobie te pozostałe ściegi sznureczkowe szurnę.

O, naiwności! 


Stan na lipiec 2014, czyli macham, macham, szuram, wyszywam i końca nie widać... Dobrego światła do tego trzeba i trochę spokoju. Tak  t-r-o-c-h-ę  spokoju... Gotowa jest już środkowa gwiazdka oraz prawy dolny motyw, czyli gałązka plus gwiazdka. Założenie haftu na mój tamborek jest już w tej chwili niemożliwe, górny pierścień wyskakuje z odgłosem, który powoduje u mnie nerwową reakcję "Złamał się, złamał!".

Dla porządku: haft ludowy z Blekinge, wełna na wełnie. W oryginale wyszyty wielokolorowo na brązowo-zielonym tle, wersji z Fingerfärda trzy odcienie szarego oraz biały. Wyszywany podwójną nitką.

Pomimo komentarza motywacyjnego "Jak dalej będzie ci to tak szło, to Ewa tę poduszkę dostanie na prezent na osiemnaste urodziny!", projekt w tej chwili już odkładam. Muszę się zająć innymi rzeczami. Niechcący wyszedł mi projekt długodystansowy i mam nadzieję, że tylko jeden miesiąc mi będzie potrzebny na jego dokończenie... czyli wygląda na to, że lipiec 2015 mam już zajęty ;-)