2012-07-28

Szlakiem Padjelanta (2)

Dzień 2





Wiosna na całego :-) Zagadaliśmy się z Johanem i Micke nam uciekł do przodu. Po czym siadł na pagórku i na nas poczekał, a w międzyczasie oganiał się od jakiegoś upartego ptaszka. Dochodzimy  do Micke, a tu Jasiek mnie w pewnym momencie przytrzymuje za ramię: "Uważaj!" - gniazdo było tak wkamuflowane w podłoże, że Micke go nie zauważył siedząc o jakiś metr od niego. Uparty ptaszek to był mornel.



Znaleźliśmy na nocleg kawałek ziemi bez kamieni. Z widokiem na schronisko Tarraluoppal.


 Po czym odkryliśmy, że mamy płochliwe towarzystwo - próba podejścia do reniferów na bliżej niż 200 metrów mi się nie udała.


Micke testuje widok na niebo i czy go kamienie za bardzo nie gniotą :-)

Dzień 3


Pogoda była bardzo nieciekawa. Dużo padało w nocy, więc woda i deszczowa, i stopiona ściekała ze zboczy strumieniami i niestrumieniami. Ale już było widać po roślinności - lasku brzozowym - że schodzimy niżej. Spotkaliśmy czwórkę Szwedów na szlaku, którzy nas ostrzegli, że w tych okolicach  jest około 60 niedźwiedzi. Na co Dociekliwy spytał fiolozoficznie: "A jak oni je policzyli?". "Zastrzelili wszystkie i wtedy policzyli" - palnęłam. "O, jak jest 61 i nas ten ostatni zaatakuje?". "Niedźwiedzie nie lubią Monty Pythona, póki z Micke śpiewacie ich kawałki to nic nam nie grozi.". "Aha!" Czwórka Szwedów na szlaku się na nas popatrzyła, po czym popatrzyli po sobie i powiedzieli do widzenia :-)))


Dzień 4


Noc spędziliśmy jakieś 2 kilometry za schroniskiem Såmmarlappa. Rano obudziły mnie krople wody spadające na twarz - mokre ubrania i buty plus słońce na zewnątrz równa się kondensowanie pary w środku namiotu. Na szczęście pogoda w ten dzień się utrzymała na tyle długo, że mogliśmy zrobić "The Blair Witch Projekt", czyli malowniczo porozwieszać rzeczy na pobliskich drzewach.


Tutaj jedliśmy lunch :-)


Zdjęcie pamiątkowe, bo w tym momencie po prostu dopadły nas komary. Tabuny, stada i roje. Zazwyczaj panowie szli przede mną, ja się wlokłam kilkadziesiąt metrów za nimi - po pierwsze, żeby nie słuchać tekstów z Monty Pythona, po drugie, żeby porobić zdjęcia. Chłopaki przystanęli, żeby wyjąć zestawy bojowe, czyli siatki na głowę i butle ze środkiem na komary. Ja jakoś beztrosko stwierdziłam, że jak będę się cały czas ruszać, to komary za mną nie nadążą. No więc byłam w błędzie - komary mnie dopadły bez problemu, ale Micke i Jasiek musieli za mną prawie biec :-)


Lasek brzozowy tuż przed schroniskiem Tarrekaise. W tym miejscu powstało dużo zdjęć w stylu "wygaszacze ekranu".


Widok z okna panoramicznego w restauracji, w której jedliśmy kolację. Panowie stwierdzili, że piękna pogoda, to oni się wykąpią. Z grzeczności chyba spytali, czy ja też wskakuję do wody. "Nie, dziękuję!" - zarechotałam i zakopałam się w śpiworze z książką. Minutę później usłyszałam plusk i.... "AAAAAAAAAAAAAA" w zgodnym duecie. Woda była o tyle ciepła, że nie było lodu. Ale dużo więcej stopni to ona nie miała :-) 

2012-07-16

Szlakiem Padjelanta (1)

Początkowy plan był taki, że całą trójką jedziemy do parku narodowego Sarek i tam się błąkamy według przez rok (!!!) przez panów (maniaków) wytyczanej trasy. Ale - zmieniłam pracę i nie dostałam urlopu w tym terminie. Także jedyne rozwiązanie, jakie nam się udało wykombinować tak, żeby wszyscy byli zadowoleni było takie: panowie jadą wcześniej i ja do nich po tygodniu dojeżdżam.

Przez tydzień znaku życia od nich nie było (normalne, tam jest zasięg tylko na 112). Ja w piątek po pracy wsiadłam w pociąg. Po 14 godzinach w pociągu, 3,5 godziny w autobusie zjawiłam się na lotnisku helikopterów. I tu pierwsza niespodzianka - panowie piloci, z którymi miałam lecieć nie dostali zezwolenia na transport turystów. Lokalnych mogli wozić, ale mnie musieli oddać swojej konkurencji. Po 25 minutach w powietrzu wylądowałam w Staloluokta i tam już czekali na mnie Jasiek i Micke. Oraz wiadomości: Micke zapadł się w śnieg po pachy, Johan tylko po pas, ale mu w dziurze utknął but, na masywie obok zeszła lawina i temperatura w nocy spadała poniżej zera. Po tygodniu takich atrakcji panowie doszli do wniosku, że nawet oni mają dość i jest zmiana planów - zamiast do Sarek idziemy szlakiem Padjelanta. Ja na początku byłam rozczarowana - tyle się o Sarek od nich wcześniej nasłuchałam, a tu klapa. Ale jak zobaczyłam zdjęcia, to stwierdziłam, że może to i dobrze, że zmieniamy trasę:
  




Dzień 1

Zdjęcie niżej:


to widok już ze szlaku w stronę jeziora Virihaure. Głębokie na 138 metrów, powierzchnia 108 km2. Pogoda była niestety taka, jaka była :-) Ja się i tak cieszyłam, że się wreszcie wyrwałam z cywilizacji, że nawet mżawka mi nie przeszkadzała.

Szliśmy w stronę schroniska Tuottar. Panowie ze Staloloukta do Touttar przeszli dzień wcześniej, żeby dotrzeć na miejsce spotkania ze mną. Powiedzieli mi, że trasa ma około 19 kilometrów, trzeba przejść przez kilka brodów, z czego najszerszy tuż przy schronisku. Ale że generalnie spokojnie. Dochodzimy do Touttar no i się okazuje, że...


nieprawda! Przez jedną dobę natopiło się tyle śniegu, że musieliśmy nadłożyć jakiś kilometr i pójść w górę rzeki do...


...mostu śnieżnego. Tak, śnieg był stabilny - roztopów był dopiero początek, a kilku metrów ubitego śniegu tak łatwo się nie rozmyje.


Tutaj widok z mostu śnieżnego. Cały sprzęt (namioty, jedzenie, śpiwory) mieliśmy oczywiście ze sobą. Ale ponieważ przejście tego odcinka nam zajęło trochę więcej czasu, niż planowaliśmy, to przenocowaliśmy w domkach. Gospodarzem w schronisku była autentyczna Wenecjanka - przemiła gaduła. Pokazała nam zdjęcia pięknego, rudego lisa, który podchodził do schroniska. I przeznaczonego do odstrzału - rude lisy konkurują z i polują na lisy polarne. No i trzeba lisom polarnym pomóc.

(Ciąg dalszy nastąpi, ale już nie dzisiaj.)

2012-07-15

Lato padalca


Zamiast siedzieć przed komputerem i obrabiać zdjęcia z gór pojechałam do lasu zbierać kurki, jagody...


...szukać padalców,


...czołgać się w rowie, żeby zrobić zdjącie dzikim orchideom,


...bezwstydnie podglądać panią muchołówkową...


...oraz ogólnie się gapić :-) Ale niestety już koniec nieróbstwa... :-(

2012-07-09

Luksusowo


Z okazji Jedenastej Rocznicy Wytrzymania Ze Sobą udaliśmy się na luksusowy tydzień. Jak na multimilionerkę przystało do kurortu przybyłam helikopterem:


Udało nam się znaleźć najlepszy hotel w okolicy...


Najpierw poszliśmy na romantyczny spacer tylko we dwoje...


Blisko hotelu była piękna, zupełnie pusta plaża...


Całe szczęście, że wzięłam ze sobą szpilki, aby uroczysty obiad miał odpowiednią oprawę. Obiad był oczywiście trzydaniowy, ze świeżych, lokalnych produktów:


A resztę wieczoru spędziliśmy w spa:


Ciąg dalszy zdjęć obawiam się, że nastąpi :-)