2012-07-16

Szlakiem Padjelanta (1)

Początkowy plan był taki, że całą trójką jedziemy do parku narodowego Sarek i tam się błąkamy według przez rok (!!!) przez panów (maniaków) wytyczanej trasy. Ale - zmieniłam pracę i nie dostałam urlopu w tym terminie. Także jedyne rozwiązanie, jakie nam się udało wykombinować tak, żeby wszyscy byli zadowoleni było takie: panowie jadą wcześniej i ja do nich po tygodniu dojeżdżam.

Przez tydzień znaku życia od nich nie było (normalne, tam jest zasięg tylko na 112). Ja w piątek po pracy wsiadłam w pociąg. Po 14 godzinach w pociągu, 3,5 godziny w autobusie zjawiłam się na lotnisku helikopterów. I tu pierwsza niespodzianka - panowie piloci, z którymi miałam lecieć nie dostali zezwolenia na transport turystów. Lokalnych mogli wozić, ale mnie musieli oddać swojej konkurencji. Po 25 minutach w powietrzu wylądowałam w Staloluokta i tam już czekali na mnie Jasiek i Micke. Oraz wiadomości: Micke zapadł się w śnieg po pachy, Johan tylko po pas, ale mu w dziurze utknął but, na masywie obok zeszła lawina i temperatura w nocy spadała poniżej zera. Po tygodniu takich atrakcji panowie doszli do wniosku, że nawet oni mają dość i jest zmiana planów - zamiast do Sarek idziemy szlakiem Padjelanta. Ja na początku byłam rozczarowana - tyle się o Sarek od nich wcześniej nasłuchałam, a tu klapa. Ale jak zobaczyłam zdjęcia, to stwierdziłam, że może to i dobrze, że zmieniamy trasę:
  




Dzień 1

Zdjęcie niżej:


to widok już ze szlaku w stronę jeziora Virihaure. Głębokie na 138 metrów, powierzchnia 108 km2. Pogoda była niestety taka, jaka była :-) Ja się i tak cieszyłam, że się wreszcie wyrwałam z cywilizacji, że nawet mżawka mi nie przeszkadzała.

Szliśmy w stronę schroniska Tuottar. Panowie ze Staloloukta do Touttar przeszli dzień wcześniej, żeby dotrzeć na miejsce spotkania ze mną. Powiedzieli mi, że trasa ma około 19 kilometrów, trzeba przejść przez kilka brodów, z czego najszerszy tuż przy schronisku. Ale że generalnie spokojnie. Dochodzimy do Touttar no i się okazuje, że...


nieprawda! Przez jedną dobę natopiło się tyle śniegu, że musieliśmy nadłożyć jakiś kilometr i pójść w górę rzeki do...


...mostu śnieżnego. Tak, śnieg był stabilny - roztopów był dopiero początek, a kilku metrów ubitego śniegu tak łatwo się nie rozmyje.


Tutaj widok z mostu śnieżnego. Cały sprzęt (namioty, jedzenie, śpiwory) mieliśmy oczywiście ze sobą. Ale ponieważ przejście tego odcinka nam zajęło trochę więcej czasu, niż planowaliśmy, to przenocowaliśmy w domkach. Gospodarzem w schronisku była autentyczna Wenecjanka - przemiła gaduła. Pokazała nam zdjęcia pięknego, rudego lisa, który podchodził do schroniska. I przeznaczonego do odstrzału - rude lisy konkurują z i polują na lisy polarne. No i trzeba lisom polarnym pomóc.

(Ciąg dalszy nastąpi, ale już nie dzisiaj.)

Inga kommentarer:

Skicka en kommentar