2011-06-13

Biała koronka. Biały len. - Vit spets. Vitt linnetyg.

W mojej poprzedniej pracy jeździłam dość często na wizyty domowe. Byłam w różnych miejscach, ale zupełnie podświadomie byłam zawsze wyczulona na wszekiego rodzaju roboty ręczne. Czasami był to dobry pretekst na nawiązanie kontaktu, czasami było to coś, co mi przez swoją nietypowość samo wpadało w oczy. I tym ostatnim sposobem przyuważyłam... stare prześcieradła. Naprawdę stare, już przyszarzałe, sprane, ale dalej w użyciu i dalej przyciągające uwagę.

På mitt förra jobb gjorde jag hembesök, två-tre varje vecka. Det som jag ofta såg i ögonvrån var fina, gamla handarbeten - vävda mattor, virkade dukar och gardiner. Vilken bra anledning det var att få en bättre kontakt med någon :-) Och ibland var grejerna så intressanta att jag ville göra likadana själv. Som till exempel de där gamla överlakanen med en virkad spetsband. De jag såg var urtvättade, slitna, men otroligt charmiga och fina.


Szydełkiem robić lubię, ale zawsze mam dylemat CO. Bo serwetek i obrusów nie praktykuję, firanki już mam, a jak już sią tyle nadłubię, to lubię, żeby to było używane. A prześcieradeł używam :-) Tym razem zrobiłam koronkę, o tyle ciekawą, że robioną po skosie. Na zdjęciu do zrobienia zostało jeszcze tylko osiemset trzydzieści pięć i pół pikotki. Albo coś koło tego :-)

Ja, det är kul att virka men... vad ska man egentligen göra med grejerna sedan? Dukar är inte min stil, de gardiner som jag behöver har jag redan. Gör jag något, vill jag att det ska vara i bruk. Och överlakan använder jag ju, varje dag dessutom :-) Spetsen är så till vida intressant att den är gjord på snedden. Taggarna tog en lååång stund att virka.


Projekt przebiegał pod hasłem "Czyszczenie szaf", czyli chciałam wykorzystać nici, które miałam w Przydasiach. Len chciałam patriotycznie kupić w Polsce, więc koronkę ze sobą zabrałam, żeby dobrać do niej grubość i kolor materiału. Pokazałam mojej mamie, na co usłyszałam radosne: "Poczekaj, ja coś chyba mam!". Po czym dostałam do ręki kawał pięknego lnu o bardzo ciekawej strukturze. No cóż, czyszczenie szaf na całego. Co z tego, że nie swoich :-)))
Hela projektet utgick ifrån att "rensa skåp", dvs. inte köpa nytt garn utan använda det som jag redan haft hemma. Linnetyg ville jag däremot köpa hemma i Polen (det finns en stor linnetygaffär där jag kommer ifrån), jag ville få ihop tygets färg och grovlek med spetsens karaktär. Så jag visade spetsen för min mamma och hörde: "Nämen, vänta. Jag har ju något som skulle passa!". Efter en stund höll jag i händerna ett vackert, tjockt stycke av ett linnetyg med en fin vävstruktur. Ja, "rensa skåp". Att det är någon annans skåp spelar väl ingen roll :-)

Wzór ze specjalnego, szydełkowego wydania Burdy (które kupiłam właśnie dla tej koronki :-). Taśma o szerokości lnu, czyli długości około 150 cm, ma 10 cm szerokości, jest przyszyta ściegiem mereżkowym.

Mönstret kommer från Burdas specialutgåva, jag köpte tidningen endast för denna spets. Den är ca 150 cm lång och 10 cm bred.


A na koniec białe hipeastrum mojej mamy. Odmiana jeszcze nie wiadomo jaka. Nie, nie miałam innego tła :-)

Och sist - min mammas vita hippeastrum, det är oklart vilken art det är. Nej, jag hade ingen bättre bakgrund :-)

2011-06-06

Okrakiem przez Bałtyk



Wstaję o piątej rano. Niedbale smaruję masłem kanapki, wiem, że i tak ich nie zjem w podróży, ale na pewno mi się przydadzą, jak dotrę do domu. Nawet nie dyskutujemy, kto ma prowadzić, siadam grzecznie po stronie pasażera.


Sobota, nie ma nawet jeszcze siódmej rano, a widzimy dwie stłuczki. Słyszę przez trzeszczące radio "Misiaczki z suszarko stojo na czysta dziesiątym!". "Jak zwykle zresztą" - dopowiada Człowiek Z Piętą. Tę ważną informację kierowcy powtarzają jeszcze jakieś kilkanaście razy. Przejeżdżamy koło trzysta dziesiątego, wyciągam szyję, żeby zobaczyć. Faktycznie, misiaczek na poboczu majta sobie od niechcenia lizakiem. "A oni to kogoś łapią, jak się tak wszyscy ostrzegają?" - pytam naiwnie. "Hehe, łapią, łapią!".


Na lotnisku siadamy, żeby się czegoś napić. Gadamy o wszystkim i o niczym, nagle słyszę: "A on jest Rosjaninem żydowskiego pochodzenia!" - "Yyyy? Co? Chyba wiesz więcej ode mnie..." - "Jak ci drukowałem bilet, to poszukałem w internecie. Dobrze o nim pisali.". Zaczynam się śmiać - "Nie wiem, jak jest teraz, ale jeszcze kilka lat temu na wszystkie koncerty on jeździł ze swoją mamą!".

Jestem jedną z ostatnich osób wsiadających do samolotu. Ludzie przede mną stoją w przejściu, przesuwają torby w schowkach, blokują ruch. Jakiś wesołek wrzeszczy: "No u mnie już wczoraj nie można było kaszanki dostać! Wszyscy przed wyjazdem nakupili i teraz miejsca w samolocie brakuje!".

Składam się w scyzoryk, wciskam w siedzenie. Tanie linie, więc mało miejsca na nogi, fotele zamocowane na mur, bez możliwości regulacji oparć. Wyciągam książkę, próbuję czytać, ale przeszkadza mi w tym energiczny trzylatek siedzący za mną, a właściwie jego regularne kopy w oparcie mojego fotela. Warczę sama do siebie: "Dobrze, że to tylko niecałe półtorej godziny."


Autobus do Sztokholmu, blisko mnie siedzi grupa dziewczyn. Zagadują Pana Pracującego siedzącego w przede mną, co takiego można zobaczyć w mieście. Pan im od razu proponuje: "Idźcie do wesołego miasteczka, jest bardzo fajne. Bilet wstępu na cały dzień kosztuje chyba trzysta koron.". Reakcja natychmiastowa: "Trzysta koron? Tyle to my mamy na cztery dni!". Pan Pracujący: "Co takiego? Aha... To możecie pójść na Gamla Stan." - "Gamla co? A co to jest?". Rozmowa toczy się dalej, ale wspólnym mianownikiem pytań jest: gdzie się tu można tanio napić piwa?

Idę na pociąg miejski. Z rozpędu walę po polsku przy kasie biletowej: "Proszę do So...". No tak, będę tak miała jeszcze przez kilka dni, muszę się przestawić. Póki co będę jeszcze przez parę dni sadzić błędy językowe i mieszać polskie i szwedzkie słowa.

Wpadam do domu. Pokój pusty i pomalowany, w pozostałej części mieszkania totalny poremontowy sajgon. Wchodzę do kuchni, pół stołu zagracone, na drugiej połowie tryumfalnie stoi torebka mojej ulubionej herbaty, którą trochę ciężko coś ostatnio kupić. Ideał, A Nie Chłop herbatę dorwał i kupił zapas na kilka tygodni. Poczta leży tuż obok, w tym list od mojego byłego pracodawcy. "Przykre wiadomości", napisane w liście, miałam bezpośredni kontakt z pacjentem chorym na bardzo zaraźliwą i odporną na antybiotyki gruźlicę. Jestem wciągnięta na listę osób poddanych "tropieniu". Klnę po polsku, szwedzki do takich rzeczy nie wystarcza. Wypakowuję kaszankę... a nie, zestaw kiełbas pierwszorzędnych i wkładam do lodówki. Nie zdążę nic z nimi zrobić przed wyjściem, zajmę się nimi jutro.


Wyciągam z szafy żelazny zestaw, suszę włosy, jadę do filharmonii. Wsiadam do metra i... zamieram. Jedzie rodzina z trójką dzieci, wszyscy odświętnie ubrani, ale mama w rodzinie! W jakimś tradycyjnym afrykańskim stroju, ze starannie upiętą fryzurą. Coś przepięknego, wiem, że nie mogę tak stać i się bezczelnie gapić, więc siadam tak, żeby widzieć jej odbicie w szybie naprzeciwko i wtedy oddaję się orgii wizualnej.

Dużo pustych miejsc, ale to nie jest sprawa artysty, ale długiego łikędu w Szwecji. Ja sama kombinowałam jak koń pod górkę, jak pogodzić urlop, samolot i dojazdy, żeby na tym koncercie być. W tym roku jest dwusetna rocznica urodzin Liszta, więc repertuar koncertu dobrany ściśle pod tym kątem.

Ricordanza
Sonata h-moll
---
Funérailles; Harmonies poétiques et religieuses
Vallée d’Obermann; Années de pèlerinage, première année "Suisse"
Venezia e Napoli

W Liszcie jest łatwo przesadzić, strach się bać, co by z takim programem zrobił pewien chiński pianista światowej i internetowej sławy. A tu były pięknie wyprowadzone jasnym dźwiękiem melodie, doskonale wyważone z akompaniamentem. Do tego obłędna technika i jakaś taka niedbała prostota. Wszystko subtelne i wyrafinowane. Siedziałam, słuchałam i w pewnym momencie złapałam się na tym, że jestem uśmiechnięta od ucha do ucha. Obserwacje publiczności też przeprowadziłam niechcący, tym razem się nie dało przeoczyć pana na balkonie, który Funérailles grał równocześnie z Kissinem... no tyle, że on w powietrzu. Ach, jak on się wczuwał! Na początku pomyślałam: "No wariat czystej wody, dyryguje pianistą i w dodatku Liszta!". Dopiero po chwili załapałam, o co mu chodziło :-)






Powrót do domu pociągiem. Wymieniam esemesy z Mechanikiem, jak nasza tradycja nakazuje zdaję kilkusłowną relację z koncertu. Mechanik odpowiada rekomendacją biografii Marthy Argerich. Jeszcze tylko pytam: "A ta biografia to autoryzowana, czy tak sobie wziął i popisał?". No cóż, tym razem się nie załapałam, muszę poczekać do następnego wyjazdu do Polski.

Jest dalej jasno, więc po powrocie do domu biorę koc, odkrawam kawałek Prawdziwego Oscypka od Pana Michała i potykając się o kartony z książkami idę na balkon. Nie zasnę, nie ma mowy. Robię plan na jutro: jeżeli wstanę o ósmej, to powinnam się wyrobić ze sprzątaniem kuchni i łazienki do jedenastej. Wtedy pójdę na zakupy i potem mogę robić pranie. No i obiad, ale tak, żeby starczył na dwa dni. Tak medytuję do wpół do pierwszej w nocy, już trzęsę się z zimna. Zmuszam się do pójścia do łóżka.

Na chwilę przed zaśnięciem strzela mi znienacka po głowie kawałek Miłosza:

Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

2011-06-05

Adršpašsko-teplické skály i Ostaš

...czyli Skalne Miasto po naszemu. Pierwsza część szlaku jest bardziej spacerowa. Do Adrszpachów poszliśmy Wilczym Wąwozem i prawdę mówiąc to właśnie Adrszpachy, poprzez swój charakter wertepowy, spodobały mi się najbardziej.

En vandringsled
i Tjeckien. Första delen (Teplické skály) är mer som en promenad, den andra delen (Adršpašske skály) är lite mer krävande (men absolut inte svår!). Den andra delen tyckte jag faktiskt mer om, karaktären av den vilda naturen är mer bevarad där. Båda vandringarna tar sammanlagt några timmar, det finns både restauranger och övernattningsmöjligheter i närheten.