2011-03-20

Råstasjön


Idag, runt 8 på morgonen. Lite frost och ett vackert, soligt väder.

Dzisiaj o 8 rano. Lekki mróz i przepiękna pogoda.





2011-03-16

Freestyler

...aby nie zwariować pomiędzy jazdami z Johanem, jazdami w szkole i kuciem teorii:
Wzięłam szwedzką włóczkę, cudownie kłującą i szorstką w głębokim, fioletowym kolorze. Pół dwustronnego wzoru z Central Panel, użytego w Sampler Stole z książki A Gathering of Lace Meg Swansen (ten sam, który zrobiłam trzy lata temu). Estońska koronka Summer Lace Edge z Knitted Lace of Estonia Nancy Bush.
Stickad för att jag inte skulle bli galen mellan alla övningskörningpass med Johan, körlektioner och teoripluggandet:
Ett svenskt garn, som jag köpte i Hemslöjden på Sveavägen - skönt stickigt och strävt. Ett halvt mönster (med mönster på varje varv) som kommer från Central Panel i Sampler Stole från boken A Gathering av Lace av Meg Swansen (och som jag stickade i sin helhet för tre år sedan). En estnisk kant, Summer Lace Edge, från Knitted Lace of Estonia av Nancy Bush. Det blev en rejäl blandning med en fantastisk, djup och glad färg.

Nowowydłubany i pomarszczony....

Nystickad och skrynklig...


A tutaj uprany i porządnie rozciągnięty na prętach na długość. Powinien być trochę węższy i dłuższy. No cóż, będę lepiej wiedzieć następnym razem :-)

Zastanawiałam się, po co ja tak siedzę i dłubię. Najmądrzejszy wniosek, do jakiego doszłam jest nastąpujący: dłubanie to jedyna rzecz, do której _nikt_ mi się nie wtrąca (oprócz Johana oczywiście, ale ponieważ widziały gały, co brały, to już się prawie przyzwyczaiłam :-). Robię co, i jak mi się podoba. Jak mi się nie podoba, to pruję. A to, czego nie sprułam jest w stu procentach moje :-)

Och här är den nytvättad och ordentligt sträckt med hjälp av blockningsvajrar. Jag borde ha stickat den liiite smalare och lite längre. Naja, nästa gång vet jag bättre ;-)

Jag satt en gång och funderade varför jag sitter och pillar på något i timmarna. Jag kom fram till slutsatsen att stickning är det enda som _ingen_ annan (förutom Johan, såklart, men jag börjar bli van vid det här läget ;-) lägger sig i. Jag får göra precis hur jag vill. Tycker jag inte om det som jag håller på med - då repar jag upp. Går det bra så har jag något som är 100% mitt. Det är det som känns så bra :-)

***
...no i do tego pytanie poza konkursem: jakim cudem Gollum się wślizgnął do kopalni, skoro wejście do owej kopalni zostało zasypane za Frodo z hukiem, trzaskiem i kretesem? ;-)
... och sedan en viktig fråga - hur klarar Gollum att ta sig in i dvärggruvan om ingången _fullständigt_ rasat ihop strax efter Frodo & co? ;-)

2011-03-11

Bara polska (om körkortet såklart :-)

Wpis o tym, jak się robi w Szwecji prawo jazdy. Jak ktoś chce czytać, to niech teraz od razu idzie siku, bo przydługawo będzie. Nie lubię przegadanych wpisów, ale ten to będzie wyjątek.

Zaczęłam od załatwiania pozwoleń, co mi zajęło jakieś trzy miesiące. Standard, czyli sprawdzanie wzroku i podpisywanie papierów, że nie ma się chorób, które mogą wpływać na zdolność prowadzenia samochodu. Do tego zaświadzenie z obowiązkowego kursu z Johanem. Z Jaśkiem miałam się uczyć prywatnie - wygląda to tak, że na samochodzie się mocuje specjalne oznaczenie (tak wygląda) i można jeździć, przy czym w razie problemów całą odpowiedzialność prawną ma osoba, która uczy. Nie, nie ma wielu wypadków z udziałem samochodów z taką tabliczką, ale niestety wyzwala ona w idiotach dziwne instynkty, chyba w celu pokazania, że oni prawo jazdy _już_ (a co poniektórzy to _jeszcze_...) mają.

Szkół jazdy od diabła i jeszcze parę. Ja się przeszłam do chyba czterech, generalnie po to, żeby się zorientować w klimacie. Patrzyłam nie tylko na ceny, ale i na ich godziny, w których mogłam mieć lekcje. W jednej ze szkół na ten przykład pani nie wiedziała, ile kosztuje pakiet 20 lekcji, jak ja jej powiedziałam ceny, które znalazłam na stronie internetowej, to miała problemy ze wstukaniem nazwy szkoły w google. Szybko stamtąd wyszłam. W innej czynne było do 17, co odpadało z miejsca, bo ja ze szpitala wychodzę dopiero koło 16:30. Jak weszłam do tej szkoły, na którą się potem zdecydowałam, to mi pani od razu wyłożyła wszystkie warunki. No i jak się potem okazało mogłam mieć lekcje nawet i o 19. Lekcji wykupiłam dużo, bo około 60, do tego wyjeździłam jeszcze przynajmniej dwa razy tyle (!!!) z Johanem.

Kursy obowiązkowe są dwa. Teoria o zagrożeniach spowodowanych przez narkotyki, alkohol i zmęczenie. Była tylko teoria, praktyki nie było - a tam to bym się dopiero nauczyła :-)))

Drugi obowiązkowy kurs to była rewelacja. Grupa osiem osób, po dwie osoby w samochodzie. Najpierw poszliśmy do baraku, gdzie można było zobaczyć samochody po autentycznach wypadkach: zderzenie czołowe, kolizja z łosiem - z wypchanym łosiem na masce. Przy okazji prowadzący wyjaśniał, co i jak trzeba _próbować_ robić w takich sytuacjach. Na przykład jak na jezdnię wybiega łoś i wiadomo, że się nie ma szans wyhamować, to trzeba celować w tylną część bydlaka. Sarny po wbiegnięciu na jezdnię mogą zawrócić, ale łosie jak obiorą kurs, to raczej suną tylko naprzód i trzeba zmniejszyć siłę uderzenia. A łoś ma większą masę w przedniej części ciała...

Potem trzeba się było usadowić i porządnie zapiąć pasy w starym Volvo, bo się dachowanie odbyło. Pan nacisnął pilota, a jak już byliśmy do góry nogami, to poprosił chłopaka siedzącego na miejscu kierowcy o otworzenie drzwi i próbę wydostania się o własnych siłach z samochodu. No niestety się nie udało. Następny punkt programu to zderzenie w wagoniku przy prędkości 7 km/h. Ujmę to tak - okropne odczucie...
No i część praktyczna kursu, czyli poślizgi. Zanim zaczęliśmy prowadzący poprosił, żebyśmy zgadli i napisali, jaki dystans hamowania będziemy mieli przy określonych prędkościach. Potem była praktyka - jeden pas zwykła jezdnia (tyle, że pod śniegiem i lodem, boć to grudzień był), na drugim specjalna, śliska powierzchnia. Wzdłuż pasów były oznaczenia w metrach, żeby można było samemu się przekonać, ile naprawdę będzie wynosić trasa hamowania. No i się zaczęło :-))) Trzeba było rozpędzić samochód do podanej prędkości (łączność radiowa z prowadzącym :-), a potem w określonym punkcie maksymalne hamowanie. Hamulec do deski, samochód sobie jechał, jechał i jechał, a my podziwiałyśmy, jak bardzo się w naszych początkowych i wielce optymistycznych przypuszczeniach co do dystansu myliłyśmy... Inne ćwiczenie to hamowanie i próba wyminięcia nieszczęsnego łosia - napierw normalnie, a za drugim razem ze zgaszonym silnikiem ("nie musicie wyciągać kluczyka" by złośliwy prowadzący :-). Reakcja - no przecież wyłączam wszystkie systemy wspomagania!? No obawiam się, że właśnie o to chodziło :-))) Na zakończenie kursu mi przypadła rozrywka hamowania z prędkości 50 km/h na ręcznym na śliskim pasie - zaliczyłam trzy piękne pełne obroty :-)))

Kurs teorii nie jest obowiązkowy. Ja miałam korzystną cenę w pakiecie z jazdami, więc na kurs poszłam. Przeczytałam oczywiście (roniąc rzewnie łzy nad mą niedolą) książkę. Jakieś trzy razy. Potem zrobiłam 500 pytań z książki. Następnie wykupiłam konto na portalu internetowym, gdzie było 1020 pytań. Wszystkie przerobiłam z _włączonym_myśleniem_ też jakieś trzy razy. Następnie w mojej szkole jazdy zrobiłam 8 testów na papierze po 70 pytań każdy. Ponieważ chciałam zdawać nie jako osoba prywatna, ale jako uczeń szkoły, to musiałam spełnić warunki wewnętrzne, żeby mnie do egzaminu dopuścili. A warunkiem wewnętrznym było zaliczenie jeszcze 8 testów komputerowych po 70 pytań...


W sali, w której się zdaje egzaminy z teorii telefony trzeba mieć wyłączone. Do tego jest informacja o skanowaniu fal z telefonów komórkowych (czy to naprawdę robią, tego nie wiem). Do tego są lustra pod sufitem, żeby było widać czy ktoś czegoś nie kombinuje. Trzeba odpowiedzieć na 70 pytań w 50 minut, 5 nie jest wliczane do rezultatu, trzeba mieć 52 prawidłowe odpowiedzi. Ja miałam 61, co podobno jest wynikiem bardzo dobrym. Pytań nie wolno fotografować, spisywać i rozpowszechniać. Z tych pytań, z których się przygotowywałam problem rozpoznałam na pierwszy rzut oka mooooże w pięciu. Nad resztą trzeba się było zastanowić. Także nauczenie się na pamięć dużo nie pomoże, trzeba po prostu rozumieć reguły i prawo.


Egzamin z jazdy: zaczęłam bardzo dobrze, bo wyjeżdżając spod szkoły silnik a i owszem, odpaliłam, ale potem się zdziwiłam wielce czemuż, ach czemuż samochód nie jedzie. Instruktor popatrzył litościwie i powiedział: "Musisz wrzucić bieg"... No tak. Dostałam małpiego rozumu. Potem w drodze na egzamin silnik mi zgasł jakieś cztery razy i w tym momencie to ja już w ogóle chciałam prostą drogą do domu, choćby i na piechotę. Ale wtedy pomyślałam: "No przecież teraz mi już może pójść tylko lepiej!".


Egzaminator był uosobieniem spokoju, jak go tylko zobaczyłam to pomyślałam - eee, spoko gość :-) Wyjaśnił, że drobne błędy można robić, to na co się patrzy w pierwszej kolejności to bezpieczeństwo. No i że się będzie odzywał tylko wtedy, jak będzie mi dawał instrukcje. Moja radosna reakcja: "No nareszcie nikt mi nie będzie mamrał!!!".


Wyjazd z parkingu, patrzę a chłopak (też zdający) w samochodzie przede mną się miota po siedzeniu. Stanęłam grzecznie, czekam, bo widzę, że biedny dopiero teraz (!!!) zaczyna zapinać pasy. Loża szyderców się we mnie obudziła - "No to nie taki głupi pomysł żeby zapiąć pasy na egzaminie...". Egzaminator popatrzył i zaczął się śmiać.


Mój instruktor mi powiedział, że cały egzamin zazwyczaj trwa jakieś 45 minut. Ja na parkingu się zjawiłam z powrotem po około 25 minutach. Po egzaminie istruktor mi powiedział, że egzaminator pradopodobnie szybko widział, że nie będzie miał większych zastrzeżeń. Wjazd na autostradę (i zjazd z), jazda po mieście, zawracanie, _bezwzględnie_ trzeba przepuścić pieszych na pasach. Stanąłam, żeby puścić jakiegoś starszego pana, który to starszy pan na przejściu się do mnie odwrócił i z uśmiechem naokoło głowy mi pomachał :-)


Po egzaminie niezależnie od rezultatu jest gadka umoralniająca, co się zrobiło źle, o czym trzeba pomyśleć, co trzeba jeszcze poćwiczyć. Ja po zaparkowaniu jedyne co usłyszałam to: "Jazda jest zaliczona. Masz zaliczoną teorię? Tak? No to masz prawo jazdy". Na co ja "Yyyyy????" :-))) Ale egzaminator kontynuował : "Aha, masz warunek... masz soczewki?" - "No mam". - "Nie możesz prowadzić bez soczewek, albo okularów". Na co usłyszał odpowiedź - -"No przecież ja drzwi w domu nie znajdę bez soczewek". Pan się zaczął jakoś tak dziwnie trząść, ale podpisał protokół, podziękował i wysiadł z samochodu :-)))


I to by było na tyle? No niestety nie. Jeżeli w ciągu najbliższych dwóch lat policja mnie capnie za przekroczenie prędkości nawet o _jeden_ kilometr na godzinę, to według prawa z miejsca tracę prawo jazdy. I cała kołomyja się zaczyna od nowa. Znajomi mi powiedzieli, że przez te próbne dwa lata to jeździli jako te święte aniołki. Jak im się przypominało, jak się robi prawo jazdy, to woleli się dopasować do wszystkich możliwych przepisów i nie ryzykować powtórnych egzaminów.

Podsumowanie: czas - dziewięć mięsięcy. Wolę nie liczyć i nie wiedzieć, ile pieniędzy. No i _nieprawdopodobna_ ilość energii, mojej i Johana. Oczywiście mogłam pojechać do Polski, zrobić tam prawo jazdy o wiele szybciej i zapłacić ułamek ceny. Ale wyszłam z założenia, że będę jeździć tutaj, warunki drogowe są, jakie są i muszę sobie radzić według tutejszych reguł. Jeżeli ktoś uważa, że wymagania są wyśrubowane, to tylko napiszę na koniec, że Szwecja w 2010 miała najniższy na świecie odsetek ofiar śmiertelnych w wypadkach samochodowych. Są różne sytuacje i po prostu trzeba sobie samemu dać szansę.

!

ZDAłAM :-))))))))))))

Jag har klarat uppkörningen:-))) Hyperlycklig!!!

Ha en lika trevlig helg som jag kommer att ha :-)