2010-08-26

Co się czai w piwnicach - Nere i kulverten

Biura w pracy mamy w budynkach byłego szpitala psychiatrycznego uruchomionego w latach trzydziestych ubiegłego wieku. To był taki szpital psychiatryczny, który z przerażeniem się teraz ogląda na filmach (Lot nad kukułczym gniazdem?). W czasach "świetności" "leczono" w nim ok. 2000 pacjentów (na około 1000 zatrudnionych...). Wśród pacjentów byli m.in. homoseksualiści, niemieccy żydzi, drobni złodzieje, dzieci z wrodzoną kiłą; różnicy między chorobami psychiatrycznymi, a neurologicznymi w tym czasie raczej nikt nie robił. No a jak ktoś tam raz trafił, to już zostawał na kilka dobrych lat. (Uściślam po reakcji M: z tego co czytałam ten szptal naprawdę nie odbiegał od innych szpitali psychiatrycznych w tym czasie!!!). Rozmawiałam z panią, która pracowała w szpitalu w tkalniach przez ponad dwadzieścia lat. Opowiadała mi, jacy ci pacjenci byli mili, jak się trzymali razem - dla nich to był po prostu dom, a inni pacjenci rodziną...
Dowiedziałam się, że na ścianach w podziemnych korytarzach pod budynkami są stare malunki pacjentów. Wzięłam aparat, spytałam kolegę o drogę, powiedziałam na wszelki wypadek, dokąd idę i że mam w planach wrócić za pół godziny. Jak widać po zdjęciach wróciłam bez problemu :-)
Våra kontor ligger i en av de gamla Beckomberga mentalsjukhus byggnaderna. Det är riktig fina lokaler så jag började leta efter mer information på nätet, jag hittade något intressant t.ex.
här. Jag pratade även med en äldre dam som jobbade i sjukhusets väverier, hon berättade för mig hur trevliga och snälla patiententerna var (naja, det var säkert inte alla som fick gå iväg och sysselsätta sig på det här sättet heller...). För några veckor sedan fick jag veta att i kulvertförbindelsen mellan byggnaderna finns några gamla väggmålningar som gjordes av patienterna mellan 1977 och 1979. Jag tog min kamera till jobbet, frågade om vägen, berättade för min närmaste kollega att jag skulle gå iväg och när jag tänkte komma tillbaka allra senast ;-). Sedan gick jag ner till källaren och blev helt överrumplad av det som jag såg där. Titta själva - kanske syns sjukdomarna, men även lägtan efter det "normala" livet, friheten. Att se allt detta var en mycket speciell upplevelse, måste jag säga...

***









2010-08-13

O babie, która się mrozów w sierpniu nie bała - Lagom till sommaren

Najsampierw zrobiłam próbkę:

Först stickade jag en provlapp:

...co? że duża mi ta próbka wyszła? A bo ja zawsze _bardzo_ dokładnie wszystko mierzę i wyliczam. Tym razem też wyliczyłam i na wysokości podcięcia ramion w obu przodach i (tylko) jednym tyle doszłam do destrukcyjnego wniosku, że rzeczywistość włóczkowa nijak się ma do moich zamaszystych planów warkoczowych. Poszukiwania włóczki potrzebnej do zrealizowania pomysłu zakończyły się radami, z czym to można wymieszać, żeby ewentualnie coś wyszło. Sweter w stadium jak powyżej ciepnęłam więc w kąt i zajęłam się innymi rzeczami. Zbłąkana wykałaczka na zdjęciu to nie jest wyraz desperacji, lecz wysoko specjalistyczne narzędzie do przekładania warkoczy. W czerwcu sweter wyciągnęłam znowu, obejrzałam i stwierdziłam, że bardzo dobrze, mi wersja numer 1 nie wyszła, bo ja jednak mam LEPSZEJSZY pomysł.
Ja, den här provlappen blev alldeles för stor... Det var först vid armhålorna som jag var helt säker att garnet inte skulle räcka till till ett så garnslukande mönster. Jag började leta efter några nystan till, men det visade sig vara helt kört - det färgen fanns inte kvar i affären. Jag plåtade övergav tröjan i väntan på någon bättre idé. Den tandpetare som syns på bilden är ett ytterst specialistiskt verktyg att korsa maskorna med :-) I juni tänkte jag om och då kom jag på hur jag kan kringgå problemet. Ärligt talat känns den här versionen mycket bättre än den gamla.
Włóczka z Przydasiów, mieszanka wełny z kaszmirem (70%-30%), 200 metrów na 25 gram, druty 3,5 i 4. Wzór wściekłych warkoczy pochodzi z Sandry z 2009 roku (jakiś jesienny numer, ale dokładnie który to nie wiem, bo święta Mikołaj pracowicie oderwała nalepkę z ceną oraz przy okazji miesiącem :-P). Przeczytałam w sieci, że kaszmir po upraniu "puchnie" i okazało się to być prawdą; warkocze są w tej chwili o wiele mniej drapieżne, włóczka się zrobiła puchata i jeszcze bardziej miękka. No i musiałam ją solidnie "podtopić" w czasie prania, czyli to będzie idealny sweter na mrozy... Z innych ciekawych rzeczy wypróbowałam w tym swetrzydle nową dla mnie technikę robienia dziurek na guziki i bardzo mi się ten sposób spodobał (opisany w tej książce).

Garnet är köpt på Lienes design (för länge sedan), färgen är senapsgul (Dijonsenap, tycker jag :-). Stickor 3,5, och 4, flätmönstret kommer från ett höstnummer av Sandra från 2009 (polsk utgåva). Liene skrev någon gång att kashmirgarn brukar "blomma" efter tvätt. Det stämmer... fast jag skulle snarare säga att det svullnar :-) Flätorna var i början mycket skarpare, efter jag har tvättat tröjan mjuknade dem, mönstret blev fylligare och mindre tydligt. Det var många luftbubblor när jag försökte "dränka" de färdiga styckena, ett klart tecken att tröjan kommer att bli varm. En perfekt tröja till sommaren, med andra ord :-) En ny grej som jag har provat i tröjan är en knapphålteknik som jag hittade i den här boken; den gillade jag och kommer säkert att använda fler gånger.

***

A tu Loreena, na upalny zapiątek... :-) U mnie, dosłownie tłumacząc, "zgniły miesiąc", czyli wilogotność powietrza w niektóre dni dochodzi do 68%...

Och här är en låt av Loreena :-) Trevlig helg!