2009-08-28

Landmannalaugar-Skogar (3)

Wczoraj wróciłam z Polski, już teraz będę bardzo stacjonarna :-) Bardzo dziękuję za komentarze, odpowiem na pytania i wszystko wyjaśnię zbiorowo po ostatnim wpisie o Islandii.


Dzień - 5 - Dag
Botnar - Torsmörk

W schronisku Alftavatn spotkaliśmy między innymi rodzinę holenderską, parę Francuzów no i pięcioosobową grupę Hiszpanów. Wszyscy grzecznie sprzątali po sobie w kuchni, pytali, czy jeszcze ktoś chce wrzątku i byli bardzo mili... do czasu, do czasu... Bo w nocy wyszło szydło z worka :-) Okazało sią mianowicie, że jeden z Hiszpanów chrapie. I to JAK!!! Tak głośnego rzężenia, charczenia, dławienia się to ja nigdy nie słyszałam... Długo się zresztą tego słuchać nie dało, więc przepełzłam w śpiworze niczym gąsienica do plecaka, wykopałam zatyczki do uszu i tym sposobem udało mi się przespać całą noc.

Rano weszliśmy do kuchni, gdzie zastaliśmy już Holendra. Ten pogwizdując beztrosko Always Look on the Bright Side of Life był zajęty zmywaniem naczyń w lodowatej wodzie. Ale gdy do kuchni weszli Hiszpanie przerwał szorowanie garnka i zagaił: I have one question for you... WHO WAS MAKING THE NOISE LAST NIGHT??? Takiego ataku zbiorowego śmiechu chrapiący Hiszpan się nie spodziewał. Kolega winowajcy oznajmił chytrze: "Wiem, kto to, ale ja chcę żyć i nie pokażę palcem", a żona zaprotestowała z oburzeniem: "Ale w nocy chrapały przynajmniej jeszcze dwie inne osoby!". W każdym bądź razie Holender zaczął się zastanawiać, jak ten niewątpliwy problem rozwiązać: albo na trasie do następnego schroniska zdarzy się mały wypadek, albo trzeba będzie wybudować jeszcze jedno schronisko, gdzie wstęp będą miały tylko i wyłącznie osoby, które nie chrapią.

My miejsca w schronisku Botnar nie mieliśmy, więc o dalszych pomysłach Holendra dowiedzieliśmy się dzień później od rozchichotanych Francuzów. Hiszpanie mieli z Botnar do Torsmörk wyjść wcześnie rano, żeby złapać popołudniowy autobus do Reykjaviku. Ale niezawodny Holender w całej swej życzliwości doradził Hiszpanom, że skoro tą trasą idzie się około 6 godzin, a poranny autobus jedzie o koło 7 rano, to najlepiej niech wyjdą ze schroniska o północy. W ten sposób na pewno dojadą do Reykjaviku na czas, a i innym dadzą się wyspać. Rada ta, aczkolwiek genialna w swej prostocie, ze zrozumieniem Hiszpanów się nie spotkała. Tak więc następnego poranka wyruszyli do Torsmörk pozostawiając za sobą schroniskowych współspaczy półprzytomnych i zastanawiających się, jakim cudem takie odgłosy wytrzymuje żona Hiszpana.

I vandrarhemmet Alftavatn träffade vi bland annat en holländsk familj, ett par francoser och en grupp spanjorer på fem personer. Alla städade efter sig i köket, frågade om någon ville ha kokande vatten och var mycket artiga och trevliga... fram till natten. För att då visade det sig att en av spanjorerna snarkade. Och HUR han snarkade - jag hade aldrig hört något liknande... Det gick helt enkelt inte att sova, jag kröp över till min ryggsäck, tog fram mina öronproppar och först då somnade jag...

På morgonen gick vi in till köket. Där stod holländaren och diskade en kastrull i det iskalla kranvattnet. Han verkade vara mycket glad och visslade bekymmerslöst Always Look on the Bright Side of Life. Men när spanjorerna dök upp i köket avbröt han och tilltalade dem: I have one question for you... WHO WAS MAKING THE NOISE LAST NIGHT??? Det blev en skrattexplosion, en annan från den spanska gruppen sa att han visste men han inte skulle berätta för at han ville leva. Frun till den skyldige killen protesterade att det var ju åtminstone tre killar till som snarkade (vilket som faktiskt stämde :-). Dock tyckte holländaren att problemet måste lösas på något sätt: antingen skulle det hända en liten olycka på väg till Botnar eller så måste man bygga ett vandrarhem till, där bara personer som inte snarkar ska få inträde.

Vi fick ingen plats i Botnar-vandrarhemmet så de fnittrande fransoserna berättade om holländarens kamp mot snarkandet. Spanjorerna skulle nämligen gå ut från Botnar till Torsmark tidigt på morgonen för att hinna med Reykiavikbussen samma eftermiddag. Holländaren hade dock en bättre idé - eftersom etappen skulle ta ca 5-6 timmar att gå föreslog han att den spanska gruppen ska lämna vandrarhemmet redan vid midnatt. Då skulle de både hinna till morgonbussen som gick runt 7 på morgonen samt de andra gästerna i vandrarhemmet skulle få äntligen sova. Tyvärr gick spanjorerna inte med på förslaget och lämnade Botnar först på morgonen. Och lämnade alla undrande hur den snarkande killens fru står ut med detta otroliga ljud...


Dzień - 6 - Dag
Torsmörk



Stwierdziliśmy, że przed następnym etapem należy nam się dzień odpoczynku. Tak więc w Torsmörk tylko połaziliśmy po okolicy podziwiając piękne formacje skalne. Pogoda była cudna, więc mieliśmy nadzieję, że następnego dnia, na trasie o dosyć stromych podejściach, nam się poszczęści.
I Torsmörk blev det en vilodag. Vi gick bara lite runt och beundrade de vackra klippformationer. Vädret var underbart och vi hoppades verkligen att det skulle hålla sig - nästa dags etapp var igen upp mot bergen, inklusive vandring på snöområden.
Dzień - 7 - Dag
Torsmörk - Fimmvörduhals

...ale się niestety nie poszczęściło. Wychodzę rano ze schroniska i... pada. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy w ogóle kontynuować trasę, czy też złożyć broń i wracać do Reykiaviku. Po śniadaniu stwierdziliśmy, że przeprawiamy się przez rzekę Krossa, idziemy do schroniska-bazy Bazar, tam się dowiadujemy o dokładną prognozę pogody i dopiero wtedy podejmujemy decyzję.

Nej, det blev tyvärr inget bra väder... När jag klev upp och gick ut på morgonen var det regningt och kallt. Vi började fundera om vi skulle åka tillbaka till Reykiavik istället. Till slut bestämde vi oss at vi går över flogen till vandrarhemmet Basar, frågar om väderprognos där och först då beslutar om vi fortsätter eller avbryter vandringen.


Wymarzone wakacje, czyli zdejmujemy buty i w sandałach brodząc po łydki przełazimy przez rzekę ze stopionego lodowca... Najpierw się człowiek pociesza a nie taka zimna ta woda... po czym się czuje ból. A potem to już się nic nie czuje :-))) Zdjęcie robiłam na wysepce między głównym nurtem rzeki (po lewej stronie), a jej odnogami. Nad głównym nurtem położony był most, nikt by przez tak wartką wodę nie przeszedł. W schronisku można było sobie pooglądać album z kolekcją zdjęć samochodów, które przez rzekę przejechać chciały, ale im się to BARDZO nie udało...

W Bazar znaleźliśmy opiekuna schroniska i szczegółowo go wypytaliśmy. Rześko nam oznamił, że będzie padać i będzie wiało, ok. 15 metrów na sekundę. Ale to dopiero koło 16, my do tego czasu na pewno do schroniska dojdziemy. Trasa jest wery najs, tak, jest dobrze oznaczona, nie, nie jest niebezpieczna i tak, są łańcuchy. Jeżeli nie jesteśmy pewni, to on nam da numer telefonu do schroniska, możemy zadzwonić z trasy, jeżeli coś się będzie dziać i mamy do niego zadzwonić, jak już dotrzemy na miejsce. Wysłuchaliśmy tej mowy ku pokrzepieniu serc i stwierdziliśmy, że w takim razie idziemy.

Drömsemester, dvs. vada i sandaler över en flod från den smälta glaciären... Först tröstar man sig - nej, det är ju inte SÅ kallt... Sedan känner man att det gör ont. Och sedan känner man ingenting. Bilden är tagen från en liten ö mitt i floden, huvudströmmen är till vänster och där fanns det en bro. Tack och lov, ingen människa skulle klara att gå över där... I vandrarhemmet fanns det två album med bilder på bilar som inte klarade att ta sig över floden under vårperioder...

Vi kom fram till Basar, hittade
warden och frågade om väderprognosen. Han tyckte inte att vi skulle oroa oss - det skulle förvisso blåsa ca 15 meter per sekund, men först runt 16-tiden. Och då skulle vi redan vara framme i vandrarhemmet Fimmvörduhals. Han tyckte att etappen var mycket trevlig, inte alls svår, bekräftade att det fanns kedjor, men om vi kände oss osäkra kunde vi ringa upp Basar och eventuellt få hjälp. Han ville dessutom att vi skulle ringa honom när vi kommer fram till Fimmvörduhals.



Przeszliśmy przez odcinek zwany w przewodnikach niemieckich "koci grzbiet". Czyli ścieżka o szerokości no coś koło metra, z stromymi spadkami po prawej i po lewej stronie..

I början gick det ganska smidigt, vi klarade "kattryggen" dvs. en mycket smal stig uppe med väggarna rakt neråt på båda sidorna utan problem.


Wszystko było w porządku, trochę wiało, no ale tego się raczej należało spodziewać w tak ukształtowanym terenie. Doszliśmy do miejsca na zdjęciu i ja z uznaniem oznajmiłam Jaśkowi: ty, ale tu musi wiać, skoro te skały są tak ukształtowane! Okazało się, że miałam rację:

Vi kom fram till stället på bilden och jag sa beundransfullt till Johan: Du, det måste blåsa rejält här om klipporna är så pass skulpterade!



Przywiało. Mniej więcej po 10 sekundach po zrobieniu tego zdjęcia leżałam na ziemi wypłakując i wypluwając piasek. Po chwili się uspokoiło, zaczęliśmy znowu iść, ale szybko się okazało, że prognoza pogody, którą dostaliśmy, jest delikatnie mówiąc nieścisła... Wspinaliśmy się pod górę na przemian po kamieniach, piasku i grząskim śniegu. Chwilami świeciło ostre słońce, cały czas wiał przewracający i nie pozwalający oddychać wiatr i do tego padało - o ile padaniem można nazwać deszcz, który siecze poziomo... W pewnym momencie deszcz zamienił się w kryształki lodu - dostać czymś takim w twarz i w nogi to był po prostu okropny ból. Byliśmy dość blisko schroniska, więc wiedzieliśmy, że po prostu musimy tam dojść..

Ja, jag hade helt rätt... Ungefär 10 sekunder efter jag tog denna bild låg jag nere på marken, hostade och grät i ett (helt misslyckat) försök att bli av med all sand i munnen och ögonen... Det lugnade ner sig efter en tid men det visade sig snabbt att den väderprognos som vi hade fått nere milt sagt stämde inte.... Vi gick uppför, på stenar, sand, snö. Solen sken, samtidigt blåste en stark vind då man inte kunde andas normalt, man tappade balansen och regnet kom horisontellt. Sen ändrades regnet till iskristaller, tro mig att få det rakt in i ansiktet gjorde otroligt ont... Trots allt detta var sikten relativt bra, vi såg vandrarhemmet och därför kändes det lättare att ta sig fram dit.

Udało nam się! Zrobiliśmy coś ciepłego do picia, rozgrzaliśmy się i przede wszystkim zadzwoniliśmy do Bazar. Opowiedzieliśmy, co się działo, ich odpowiedź brzmiała: w takim razie nie puszczamy nikogo więcej na trasę. Mniej więcej po godzinie wpadła para Niemców. Dziewczynę wiatr przewrócił na trasie... Myśleli, że nie dojdą, nie planowali noclegu w schronisku, tylko iść dalej, ale gdy zadzwonili do bazy usłyszeli stanowcze: macie się stamtąd nie ruszać!

Po jakimś czasie zauważyliśmy cztery osoby zmierzające w stronę schroniska. Okazało się, że byli to Kandyjczycy. Z miejsca nam oznajmili, że dużo wędrowali, ale czegoś takiego jeszcze nie widzieli. Towarzystwo było zgrane i wesołe, składało się z majestatycznego Papy Pata, jego syna Colluma oraz Glena i jego żony Sary.

Panowie po przyjściu się przebrali, Glen na wszelki wypadek już w piżamę. Ale po jakimś czasie usłyszeli, że jednak potrzeba będzie więcej śniegu do gotowania jedzenia. Tym sposobem po śnieg wyruszyła malownicza procesja: na przodzie, dzierżąc w objęciach aluminiowy gar, majestatycznie sunął Glen we furkoczących na wietrze flanelowych gaciach z nadrukiem HOCKEY NIGHT. A za nim, w szortach i japonkach, po śniegu i kamieniach kicał Collum, dzielnie pobrzękując równie aluminiowym czajnikiem z pokrywką. Widok był przedni :-)))

Jak już się wszyscy najedli, to okazało się, że w podstawowym wyposażeniu wędrowców niezależnie od ich narodowości jest flaszka czegoś mocniejszego. A w takich okolicznościach ludzie zazwyczaj się robią bardzo rozmowni. Kanadyjczycy opowiedzieli, że schodzili trasy w Kanadzie i USA; podobno jest bardzo przyjemnie, tylko trzeba uważać na niedźwiedzie. Jak jest brunatny, to pół biedy, ale jak grizzly, to w dużym skrócie przerąbane. No a najlepszym sposobem na niedźwiedzie okazuje się ich po prostu nie ściągać do obozowiska: nie wolno myć zębów pastą, używać dezodorantów, żywność trzeba wieszać na drzewach w bezpiecznej odległości od namiotu. Jak się idzie na trasie i napotyka misia, to trzeba się spokojnie wycofać. Na co niezawodny Collum poinformował: a ja prawie wszedłem na niedźwiedzia, był ode mnie o odległości półtora metra i jadł coś. Jak mnie zobaczył, to się nastroszył, po czym... wrócił do jedzenia. Zacząłem odchodzić, ale pomyślałem "a co tam", wyciągnąłem aparat i zacząłem mu robić zdjęcia!

Wiatr dalej sobie duł, Kanadyjczycy zapewniali rozrywkę, a koło ósmej wieczorem Johan zadzwonił do bazy po nową prognozę pogody. Z urywków usłyszeliśmy "wietrznie... przelotne opady", na co ryknęliśmy śmiechem: czyli co? Huragan? I będzie padało cały dzień? Johan odłożył słuchawkę i oznajmił, że pogoda powinna się do jutra poprawić. Ale jeżeli się nie poprawi, to będą musieli wysłać pomoc i nas ze schroniska ściągnąć...

Ungefär en timme efter vi nådde vandrarhemmet kom ett par tyskar. Tjejen blåstes omkull uppe på leden, de hade inte haft avsikten att stanna kvar över natten men ändrade sig. När de ringde ner till Basar fick de höra att de absolut inte skulle fortsätta med sin vandring ner till Skogar utan stanna kvar i
Fimmvörduhals...

Vi sat
t och pratade då vi såg att några stycken till var på väg mot vandrarhemmet. Det visade sig vara en grupp på fyra kanadensare. Lite senare berättade dem att de hade vandrat mycket, både i USA och Kanada, men aldrig tidigare hamnat i något liknande och konstigt oväder. Det blev en lång kväll med vinden blåsande och ylande ute... Kanadensarna berättade om sina vandringssträckor, sina möten med björnar och jag var verkligen förundrad över deras sätt att vara - väldigt avslappnade, sköna människor... Framåt kvällen ringde Johan upp Basar och frågade om väderprognosen till nästa dag. Vi tjuvlyssnade men hörde bara: blåsigt? skurar? Då började vi garva - hur skulle man tolka det? Som en tyfon? Och dessutom spöregn hela dagen? Johan la på luren och berättade att vädret lär bli bättre nästa dag. Men om det inte blir det då måste de skicka hjälp för att ta oss ner...

2009-08-11

Landmannalaugar - Skogar (2)

Dzień - 4 -Dag
Hrafntinnusker - Alftavatn
Etap 12-kilometrowy, spadek terenu 490 metrów.
Den här dagen skulle vi gå ca 12 kilometer. Ännu roligare var det att vi skulle gå neråt - ufff :-)




Widoki ładne, ale tylko na obrazku... Brrr... Gwizdało, ale na szczęście już były zejścia w dół. Ujmę to tak: łażenie po rozmiękłym śniegu z plecakiem nie należy do najłatwiejszych zadań :-) Szliśmy przez ten śnieg, szliśmy, potem już zaczęły pojawiać się mchy. Aż w końcu przed nami otworzył się..
Det var verkligen en konstig stämning däruppe. Kallt, blåsigt; fascinerande och deprimerande på sätt och vis... Vi gick i snön men ganska snart visade sig mossa och andra växter. Och helt plötsligt stod vi och tittade på...



...widok na raj! Mój aparat tylko smętnie zakiwczał na takie odległości, więc wydarłam Johanowi jego obiektyw z doczepionym aparatem numer dwa. Na zdjęciu po lewej stronie jest widoczny lodowiec Slettjökull, jęzor lodowca Myrdalsjökull. Zejście z tego masywu, na którym robione jest zdjęcie było naprawdę paskudne - teoria w przewodniku wyjaśnia to następująco: jeżeli masz zamiar zasznurować swoje buty na nowo, to zrób to teraz :-)
...paradiset!!! Min kamera klarade inte så pass stora avstånd, jag fick helt enkelt låna Johans. Till vänster syns glaciären
Slettjökull, som är en del av en mycket större glaciär Myrdalsjökull. Från det ställe som bilden är tagen ifrån går man ganska mycket neråt; det var faktiskt mycket brant. I guideboken läste man tipset: om du ska snöra om dina skor är det bäst om du gör det nu :-)


Doszliśmy do schroniska; w sumie to przy Alftavattn wspominam najmilej - czysto, urządzone pod wygodę turystów. Standradu z polskimi schroniskami porównać nie mogę (bo w polskich nigdy nie byłam), ale jedną z podstawowych różnic na pewno są porozwieszane instrukcje, co należy zrobić w razie erupcji wulkanu. W razie czego piszę, może się komuś przyda: należy wejść na najbliższe wzniesienie (bo woda w rzekach ze stopnionego erupcją lodowca zmiata wszystko na swojej drodze), ale nie może być za wysoko (bo pyły i gazy). Nie, nie przesadzają z tymi planami ewakuacji; naukowcy w sobie tylko wiadomy sposób wywróżyli, że wulkan Ketla powinen wybuchnąć przed rokiem 2010.
Na tym zdjęciu my już po obiedzie i w drodze na wycieczkę. Mówię Wam, jakie pstrągi w tym potoku były!!! Zaczęłam coś bredzić na temat łapania ryb gołymi rękami, Jasiek tylko szatańsko zachichotał i poradził sporóbować :-)))
Efter de mycket spartanska villkorna natten innan kändes vandrarhemmt vid sjön Alftavattn verkligen skön! Det som är lite udda är alla instruktioner vad man ska göra om ett vuklanutbrott händer. Nej, de överdriver inte, forskarna har fastställt att en eruption från vulkanen Ketla förmodligen kommer att ske innan 2010. På bilden ser man utsikten mot vandrarhemmet och sjön; vi var på väg till en annan utflykt. I den lilla bäcken fanns otroliga mängder av forell. När jag såg hur snabba de var började jag fundera över alla dessa historier om att fånga fisk med bara händer :-)


Celem wycieczki był kanion rzeki Torfakvisl.
Målet med vår utflykt var flodens Torfakvisl kanjon.

... z niesamowitymi formacjami skalnymi :-)
... med mycket fantasifulla klippformationer.

***

Dzień - 5 -Dag
Alftavatn - Botnar


Psiakość, ale nudy. 16 kilometrów, z czego większość po pustyni. Pustynia, bo piasek lawowy jest tak porowaty, że wszelka woda przecieka przez niego i mało roślin ma szansę w takich warunkach przetwać (no dobra, coś tam rosło, ale jakieś cherlawe...). Do tego ten sam widok na ten sam lodowiec prawie przez całą drogę, więc robię dygresję. Jak mówiłam znajomym, gdzie jadę i co bądę robić, to jedno z głównych pytań brzmiało a co wy tam macie zamiar jeść. My się nad tą kwestią zaczęliśmy zastanawiać już w marcu. Oczywiście można było albo 1) przeżyć na gorących kubkach tudzież drzemikach lub 2) kupić gotowe specjalistyczne jedzenie. Opcja numer 1 odpadała, bo stwierdziliśmy, że jedziemy na urlop (naprawdę??? :-))), a nie na obóz przetrwania. Opcję numer 2 wykluczyła eksperymentatorska natura Johana. Jasiek zaczął grzebać bo stronach i książkach dla terenowych specjalistów i oznajmił mi, że robimy własne suszone jedzenie.
Oj, vilken tråkig sträcka... 16 kilometer, varav det mesta genom öknen. Knappt några växter kan leva på den porösa sanden som vatten bara rinner rakt igenom. Vägen ledde genom en ganska platt terräng, men en och samma glaciär som synten den stora delen av vägen. Därför avbryter jag nu och ska berätta om något helt annat. När jag berättade till våra bekanta att vi skulle på hiking på Island var en av de oftast ställda frågorna: vad ska ni äta där? Johan började fundera över det redan i mars. Det fanns några lösningar: ett - att leva på typ gröt och sylt; två - att köpa färdiglagade rätter (dyrt!). Johan, född för att experimentera med mat, tyckte att vi ska torka och göra vår egen mat istället.


Na zdjęciu nasz codzienny obiad po zejściu z trasy. Zupa, która się składała z obgotowanych i suszonych plastrów ziemnaków i surowych suszonych warzyw (marchew, pasternak, badyle selera, por). Rano przy śniadaniu zalewaliśmy warzywa wrzątkiem, w porze obiadu wkładaliśmy to do gara, dodawaliśmy smażone suszone mięso, makaron, kostkę rosołową oraz - jedyny świeży składnik -ząbek czosnku. Zupa była pycha! Pozostałe posiłki: na śniadanie jajecznica z suszonych jajek i ziemnaków, na obiad np. chili con carne z ryżem. Na trasie pogryzaliśmy domowe batoniki orzechowo-czekoladowe i suszone owoce (banany, kiwi, truskawki). Muszę przyznać, że Johan naprawdę włożył w przygotownie tego jedzenia mnóstwo czasu i pracy, a nasze domowe obiadki i sposób ich przyrządzenia w obozowiskach wzbudzały sensację :-)
Och så blev det faktiskt! Så här såg våra luncher ut! En soppa som bestod av blancherade och torkade potatis, torkade grönsaker (morötter, palsternacka, selleristjälkar, purjolök), stekt och torkad köttfärs, en buljongtärning och - den enda färska ingrediensen - en klyfta vitlök. Mums! Frukostar bestod av äggröra gjord på hemmatorkade ägg med torkade potatis, middagar av t.ex. torkad chili com carne med ris. Under dagen knapprade vi på torkad frukt såsom kiwi, banan, jordgubbar och hemmagjorda energirutor. Johan ansträngde sig verkligen mycket att förbereda all denna mat och la ner massor med tid och energi på detta. Och det blev verkligen ett mycket lyckade matexperiment :-)

Po dojściu do schroniska Botnar i obiedzie kolejny wypad w teren, Markarfljotsgljufur. Oczywiście padało i wiało. Ale i tak było pięknie :-)

Tillbaka till Island nu :-) En utfykt från Botnar till Markarfljotsgljufur. Det regnade och blåste. Och dessutom var det otroligt vackert där!

2009-08-09

Landmannalaugar - Skogar (1)

Po pierwsze bardzo dziękuję za pochwały obrusa :-) Po drugie pierwsze obiecuję solennie, że płachcie zdjęcie większe zrobię i wyłożę, tylko najpierw będę musiała wymyśleć jak to praktycznie wykonać. No i po trzecie pierwsze przepraszam, że tak to długo trwało, ale miałam nawał trochę innych zajęć :-)

***
Zeszłoroczna wyprawa na Islandię tutaj. Skutek wycieczki był taki, że Johanisko się za dużo przewodników naczytało. No bo jak doszło do ustalania tegorocznych planów wakacyjnych, to wyszło na to, że znowu Islandia; tym razem zupełnie na własną rękę, żeby zobaczyć te wszystkie piękne wertepy, o których napisali w mądrych książkach. No i wyszedł nam spacer w terenie, tak jakoś 120 kilometrów...

Om vår förra årets resa till Island kan man läsa här. Vi blev helt förtrollade av naturen där och när vi skulle bestämma vart vi skulle åka i år föreslog Johan Island. Men den här gången en vandring, helt på egen hand, för att se alla dessa underbara platser. Då blev det en promenad på 120 kilometer.


***
Dzień - 1 - Dag:
Landmannalaugar - Blahunkur - Brennisteinsalda - Landmannalaugar

Nie chcieliśmy się od razu z podróży rzucać na trasę, więc pierwsze dwa dni spędziliśmy w Landmannalaugar. Stąd zrobiliśmy dwa krótsze wypady - pierwszego dnia na wzgórze Blahnukur (945 m) i dalej na bajecznie kolorową Brennisteinsalda.
Vi tyckte att det skulle vara lite för tufft att bara kasta sig iväg på vardingsleden allra första dagen. Därför bestämde vi oss att stanna kvar i Landmannalaugar i två dagar och göra några mindre utflykter därifrån. Den första dagen blev det ett berg som heter Blahnukur (945 m) och sedan vidare till den sagolikt färggranna Brennisteinsalda.



***Dzień - 2 - Dag:
Landmannalaugar - Ljottipollur - Landmannalaugar

Drugiego dnia podeszliśmy do krateru wygasłego wulkanu Ljottipollur.
Andra dagen gick vi till kratern efter den inte längra aktiva vulkanen Ljottipollur.





***
Dzień - 3 - Dag:
Landmannalaugar - Hrafntinnusker

Tego dnia rozpoczęliśmy wyprawę właściwą. Ten etap miał 12 kilometrów, a różnica poziomów wynosiła 470 metrów. Przy czym ta różnica to była w linii poziomej - sam teren był bardzo górzysty, także praktycznie rzecz biorąc w górę to się na tym odcinku robi bardzo dużo więcej, niż te 470 metrów. W pewnym momencie widać wyraźnie, że jest się na sporej wysokości - znikają wszelkie rośliny, idzie się po śniegu.
Den dagen började vi vår vandring. Etappen var ca 12 kilometer och nivåskillnaden mellan starten och målet var 470 meter. Dock går man där väldigt mycket upp och ner hela vägen, så praktiskt sett går man uppåt mer än dessa 470 meter. Mao jobbigt :-) Vi skulle upp till en hydda som ligger på höjden av ca 1100 m och det var ganska intressant hur naturen förändrades under sträckans längd - mossa och gräs försvann bara, man gick på lavasand och stenar.


Padało, wiało i nie bardzo mieliśmy ochotę robić sobie Biwak Pod Leżącą Zaspą. Z głupia frant spytaliśmy, czy są wolne miejsca w schronisku. Były, dwa ostatnie :-) Rozgrzaliśmy się trochę i stwierdziliśmy, że trzeba sobie zrobić spacer do grot śnieżnych. W schronisku ostrzeżenia były nastąpujące: Uwaga na spadające bloki lodowe w grotach- mogą być niebezpieczne. No coś podobnego :-)
Det regnade och blåste rejält så vi var inte sugna på att slå upp tältet precis bredvid en massa liggande snö. Vi frågade om lediga platser i vandrarhemmet, tack och lov fanns dem :-) Efter lunch gick vi vidare till isgrottor. Man ser varningsskyltar för nedfallande isblockar, det visar sig att de "kan vara" farliga. Hör man saken... :-)))


Po drodze dopadły nas niskie chmury - no dobra, niskie, jak niskie, byliśmy w końcu na wysokości ponad 1000 m. Do tego czarny piasek lawowy i granatowy błysk mokrych obsydianów. Tak powstało ulubione zdjęcie numer dwa :-)
Molnen låg lågt... eller vi var så högt uppe kanske... Det blev dimmigt, den svarta lavasanden låg under fötterna och marinblåa obsidianstenar glänste i regnet. Så blev denna bild till :-)


Groty lodowe - czyli śnieg kontra gorące źródła, które spod tej czapy wypływają. O tej porze roku to była raczej jama śnieżna, ale wrażenie i tak imponujące...
Isgrottor - snö och varma källor som sipprar underifrån. Snön smälter och massorna rasar ner. Vi den här årstiden är det inte mycket till grottor, men utsikten var mäktig ändå...