2008-11-30

Bierki - Plockepinn

To, co aktualnie dłubię jeszcze nie skończone. Miało być skończone, ale rzeczywistość, czyli zbytkrótkawość doby chciała inaczej :-( A ze względu na mój Wysoki Współczynnik Prucia nie chcę ryzykować i się chwalić czymś, co sama nie wiem, jak będzie w ostateczniej wersji wyglądać (albo i nie będzie w ogóle wyglądać, hihi). Więc pokazuję materały na następną rzecz w kolejce. (Nnno dobra, już to zaczęłam, no bo jakże tu nie sprawdzić, czy dobrze sobie to umyśliłam :-)))
Min tunika som jag stickar nu är inte klar än. Den skulle vara klar till helgen men tyvärr räckte inte dygnet riktigt till :-( Jag är en av dem som repar upp mer än stickar och därför tycker jag inte om att visa upp mina pågående projekt. Däremot det material som jag skaffat till mitt nästa projekt kan jag stolt visa upp och med ett gott samvete :-)



Jasiek oznajmił, że marznie wielce i w związku z tym na Gwiazdkę (a najlepiej wcześniej) chce coś miękkiego i niezbyt zgryźliwego na szyję. Moja koleżanka z grupy robótkowej Katarina robiła kiedyś szalik, który mi się bardzo spodobał. Więc jak tylko usłyszałam johanowe życzenie, to od razu w łepetynie mi zaklikało, co i jak. Czyli: rura w paski :-) Ale Johana wersja była bardziej skomplikowana: według amatorskich (hehehe) wyjaśnień chciał "takie wypukłe i wklęsłe... tutaj i na brzegu" (czyli pionowe, szerokie pasy prawymi i lewymi oczkami), a kolorowe, poprzeczne paski mają być różnej szerokości. W związku z tym Johan dostał papier, kredki i jak na prawdziwego inżyniera przystało, siedział i rysował, o co mu chodzi :-))) Włóczka to alpaka Dropsa, 180 metrów na 50 gram, druty bambusowe trójki (dłubanina się zapowiada). Kolory: złamany biały, melanżowy oliwkowo-limonkowy, jasny rdzawy, czerwony, taki podchodzący po mikołajowy i ciemny brąz. Pewnie będę musiała dokupić więcej motków, ale najpierw chciałam uzgodnić wspólną wersję wydarzeń.
Johan berättade för mig att han fryser och en halsduk som inte är alltför stickig skulle vara en uppskattad julklapp till honom. På ett stickcafé såg jag Katarina sticka en halsduk som jag föll pladask för :-) Så jag visste exakt hur jag skulle göra Johans halsduk: det ska vara en rundstickning (fast hos mig breda ytor av räta och aviga sitället för räta helt slätt) och det ska definitivt vara alpackagarn. Vi satt tillsamman med Johan ganska länge en kväll och försökte få ihop hans idéer med ”stickverkligheten ”. Han fick också (som en _riktig_ ingenjör :-) rita med färgkritor hur breda ränder han vill ha och i vilken färgsammanställning. Hans del är klar, nu är det min tur att förverkliga den :-) Jag ska sticka av Drops alpacka, på stickor nummer 3.


***

Najpierw dziękuję wszystkim za życzenia; na pewno będę korzystać przez cały rok :-)
Edi , Brahdelt - cieszę się, że mój patent kładzenia włóczki na widoku się Wam spodobał. Ja tak często mam - zahaczę o coś ładnego wzrokiem i od razu mi się micha cieszy. Dzisiaj kupiłam hiacynty i też zainstalowałam na środku stołu jako poprawiacz humoru :-)
Opakowana: podzielam miłość do granatowego. Dla mnie to taka szlachetna odmiana czarnego, którego to czarnego, delikatnie mówiąc, nie lubię :-) Co do Kopernika, to _dokładnie_ o tego włosa w filmie chodziło :-)
Myszoptica: Eeeee, nie klęłam :-) Bardziej mnie to rozbawiło. Klęłabym, gdyby się okazało, że przez ten błąd musiałabym spruć wszystko i zacząć po raz pińcsetosiemdziesiętnosetny od nowa. A tak to potraktowałam dziwaczne warkocze jako swojego rodzaju wyzwanie :-)
Ania: w artykule było o wiele więcej, ale ze względu na prawa autorskie nie chcę przytaczać całości artykulu... Z grubsza rzecz ujmując nie mam pojęcia w tym wypadku, gdzie jest granica streszczania czegoś, a "rozpowszechniania treści", a wolę nie ryzykować :-) Ale masz całkowicie rację, w urzeczywistnianiu swoich pomysłów często chodzi o ucieczkę z szarej (niestety coraz częściej chińskiej) anonimowości.
Edi jeszcze raz: to _dokładnie_ ta sama osoba, która u mnie chciała coś zamówić. Czyli........ wszystko jasne :-))) Sprawdza się stara zasada - jak ktoś sam nic nie umie zrobić, to mu najłatwiej przychodzi ocenianie czyjegoś wkładu pracy i efektów...
Gunilla: Kul at du har hittat min blogg! Förklarningen till namnet på bloggen kan vi ta upp över en kopp thé på någon tisdag framöver :-) Jag jobbar eftermiddagar både den 2a och den 9e december så jag lär inte dyka upp på dessa två träffar, tyvärr...

2008-11-23

Ciekawy artykuł - En intressant artikel

W Dagens Nyheter, czyli jednej z największych gazet szwedzkich, znalazłam dzisiaj ciekawy artykuł. O ręcznie robionych ubraniach - szytych, szydełkowanych i robionych na drutach. Wygląda na to, że ekspolozja stron, blogów, spotkań robótkowych to niezłe pole odkrywcze dla socjologów :-) Artykuł m.in. tłumaczy dlaczego po latach wstydzenia się domowo szytych ubrań rękodzieło nagle stało się to powodem do dumy i publicznego chwalenia się: mianowicie coraz więcej ludzi ma zawody, gdzie nie widać ani końca, ani bezpośredniego rezultatu pracy. A robiąc na drutach wystarczy przerobić parę rzędów i natychmiast widzimy różnicę. Coś w tym jest :-)
Najbardziej mi się podobał opis dziennikarki, która ten artykuł napisała: Anna Stina Lindén Ivarsson jest przekonana, że rękodzieło jest w stanie uczynić ludzi nieśmiertelnymi. Według niej starannie wykonany haft prędzej spowoduje, że będziemy zapamiętani przez wnuki, niż pięćset naszych nadgodzin w pracy...
Har ni sett den otroligt intressanta artikeln ”Nu ska alla göra sina kläder själva” i Dagens Nyheters söndagsbilaga? Artikeln försöker förklara varför det blev så modernt och hippt att sticka, virka och sy sina kläder själva. Journalistens förklaring är att mer och mer människor inte kan se något direkt resultat på sina jobb. Däremot ser man på en gång när man har t.ex. stickat några varv i sitt projekt. Jag köper förklaringen helt och hållet! :-) Dessutom påstår journalisten (Anna-Stina Lindén Ivarsson) att man kan bli odödlig genom sitt hantverk…


A to dowód rzeczowy, że coś w tych słowach jest. Obrus lniany, ręcznie tkany przez prababcię Johana. Nie bardzo wiemy, kiedy został wykonany. Jest naprawdę stary, o czym świadczy m.in. technika tkania: dowiedziałam się, że kiedyś nie było na tyle szerokich krosien, żeby zrobić cały obrus od razu. Dlatego składa się on z dwóch kawałków zszytych ze sobą ręcznie, przestarannie i pieczołowicie. Johan nigdy nie spotkał swojej prababci (ja tym bardziej :-), obrus był przeznaczony do wyrzucenia, przy czym ja (z trudem opanowując się) zasugerowałam miłym tonem, że ja bardzo chętnie tą "starą szmatę" (sic!!!) przygarnę. W domu obrus został uprany, nakrochmalony, wymaglowany, uprasowany (jak trzeba, to jestem stuprocentowa kura domowa :-) i momentalnie wyszło jego piękno i charakter...

Och denna bordduk är det bästa beviset på att man faktiskt kan bli odödlig om lämnar något vackert efter sig: detta en linneduk vävd av Johans farfars mor. Duken är riktigt gammal och består av två ihopsydda delar. Jag fick veta att man inte hade tillräckligt breda vävstolar tidigare. Därför blev man tvungen att sätta ihop två mindre delar med varandra och på detta sätt få den bredd som man önskade sig. Johan har aldrig träffat den släktning som vävde duken, men det är en klart värdefull och omtyckt grej för bägge oss. En riktig skatt med andra ord :-)
PS: Wpis kontrolowany, ale kompletnie spontaniczny i nieplanowany. Dlatego na komentarze odpowiem następnym razem :-)

2008-11-22

Choroba listopadowa - Novembersjukan

Śmietnik dzisiaj będzie... Czyli wypisuję wszystko to, co mi przychodzi do głowy :-)


Wstaję dzisiaj rano.... (no może nie rano, ale chyba najważniejsze, że wstałam :-))), patrzę za okno, a tu śnieg. Nareszcie! Wszystkim, którzy się dziwią, jak się można cieszyć ze śniegu wyjaśniam, że po prostu jest trochę jaśniej :-)
Detta såg jag imorse, när jag klev upp. Snö och lite sol, äntligen!

Kaktus kwitnie jak szalony...
Novemberkaktusen blommar igen...
Pisząc w tytule "choroba listopadowa" nie miałam na myśli trzymiesięcznego przeziębienia, które się u mnie świetnie czuje, a na wszelkiego rodzaju odstraszacze reaguje tylko pogardliwym drapaniem w gardle. Chodzi mi o to, że wszyscy się skarżą i ogólnie rzecz ujmując nie cierpią listopada. A ja wesolutka :-) Bardzo lubię listopad w tym roku, bo sobie to _dobrze_ uknułam: po pierwsze miałam urodziny, a po drugie odwaliłam kawał dobrej roboty. Urodziny się ma, niezależnie od naszych poglądów na ten temat, ale z tego kawału dobrej roboty jestem naprawdę zadowolona. Kosztowało mnie to koszmarnie dużo pracy, czasu i energii. No więc wsparta takimi argumentami poskromiłam fałszywym gwizdaniem swojego węża kieszonkowego i kupiłam listopadową gwarancję dobrego humoru:

När jag skrev novembersjukan i rubriken menade jag inte min förkylning som har hållit sig i hela tre månader nu. Jag tänkte mer på att alla klagar och tycker att det är trist och tråkigt. Jag måste säga att själv tycker jag om denna månad, åtminstone nu i år – jag fyllde år (precis som vanligt :-) och dessutom klarade jag hela sjukdomslärakursen jättebra. Jag känner mig riktigt nöjd med det senaste och därför unnade jag mig något riktigt, riktigt vackert:100% ręcznie farbowanego jedwabiu; 600 metrów na 100 gram. Kolory? Wariant a) męski, czyli johanowy: fioletowy. Fioletowy i już. No dobra, trochę odcieni w tym fioletowym jest. Wariant b) kobiecy, czyli mój: miedziany, stare złoto, szary gołębi, szary stalowy, granatowy, śliwkowy fioletowy przechodzący w czerń. Przy czym miedziany zmienia kolor w dziennym świetle na bardziej purpurowy. Tak więc z grubsza rzecz ujmując coś przepięknego :-) Położyłam to cudo obok łóżka; jak się budzę, to pierwsze co widzę, to te nowe motki. Kolory są moje, ale bardzo zimowe. W głowie mam mało zdecydowany pomysł, co z tym zrobić - jakiś taki dojrzały impresjonizm póki co widzę. Druty zalecane to 2,5, więc trochę będzie to sobie musiało odleżakować i poczekać na wykrystalizowanie pomysłu.
Silk Lace, handfärgat, inköpt på Garnkorgen
. Vackra, mörka, mustiga vinterfärger! Jag har ingen klar idé än vad det ska bli för något av dessa härvor. Eftersom garnet är så pass tunt måste jag tänka och räkna ut rejält innan jag påbörjar något. Garnet ligger bredvid sängen så det är det första jag ser när jag vaknar.

Jakieś trzy lata temu, korzystając z wizyty u mieszkającej w pobliżu rodziny, zrobiliśmy sobie małą wycieczkę do Fromborka. Wtedy właśnie zaczęły się prace archeologiczne dokładnie w tym miejsu w katedrze, w którym później znaleziono grób Kopernika (komentarz od mojego Wielkiego Brata: "Kopernik nie spoczął w krypcie, tylko pod posadzką - krypta jest niewielka, tylko pod fragmentem katedry" :-). Sprawa mi potem jakoś znikła z radaru, więc proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy włączyłam wczoraj telewizor, a tu film dokumentalny o tym, jakimi sposobami ostatecznie naukowcy potwierdzili, że wykopany przez nich szkielet to właśnie szczątki Kopernika. Film jest zrobiony przez Polaków, we współpracy ze szwedzką telewizją; oficjalna strona jest tutaj. W Polsce wygląda na to, że ma być oficjalnie wypuszczony w lutym 2009. Jeżeli ktoś lubi historyczne zagadki, Pana Samochodzika i "Klątwy, mikroby i uczeni" to naprawdę polecam.

För några år sedan var vi på besök i norra Polen. Då passade vi på och åkte till Frombork, en liten ort med en otroligt vacker domkyrka. Alla källor anger att Copernicus begravdes just i denna kyrka; dock kunde man inte fastställa exakt var hans grav fanns. När vi var där påbörjades utgrävningar, sedan hittade jag inga uppgifter om vilka resultat det blev med undersökningarna. Därför blev jag riktigt förvånad när jag slog på TVn igår: i Vetenskapsmagasinet visades en mycket intressant dokumentärfilm om hur forskarna bl.a. från Uppsala universitet lyckades fastställa att det faktiskt var Copernicus kvarlevor som hittades. Filmens hemsida hittar man här
.
***
Brahdelt - ocieplona klata? No proszę, a mi zawsze wmawiali, że głowa! :-)))
Myszoptica - BOSKIE warkocze? Hmmmm.... Wiesz, jak ja je w napadzie tfurczości zrobiłam? No więc tak: sweter był na okrągło, skrzyżowałam oczka na warkocz, podjechałam do góry, więc znowu skrzyżowałam. Długość warkocza mi odpowiadała, wszystko ślicznie. Tylko jak dojechałam do rozdzielenia przy rękawach, to się okazało, że ja sobie wesoło krzyżowałam oczka warkoczowe co _szósty_ rząd, czyli na przemian po prawej i po lewej stronie swetra.
.... no i chyba tyle na dzisiaj... ciekawe, czy ktoś miał siłę przebrnąć przez cały wpis :-)))

2008-11-16

Musztarda po obiedzie

...leżało i łypało... ...łypało i leżało....
Z powodu Braku Energii Do Życia oraz ściśle związanym z tym Brakiem Innych Pomysłów zaczęłam pruć Musztardę, wersja - skromnie licząc - jakieś 3.0. No i jak prułam, to stwierdziłam, że może jednak ściągacz zrobić inaczej. I na przykład na okrągło, zamiast puzzli, żeby uniknąć pięty achillesowej, czyli ściegu lewego gładkiego. Poszło :-)


...no to może jednak inny warkocz, mniej ścisły? Poszło.
...hmmm... może jednak inne podcięcie pod szyją? I kołnierz a'la zżółkły marynarz?


No i w ten wymęczony sposób powstała Musztarda Po Obiedzie czyli Kamizelka Z Rękawami. Musztarda po obiedzie, bo właśnie dziś temperatura spadła w dzień do zera i sypnęło śniegiem i w ścisłym związku z tym należy wyciągać raczej ciepłe gacie, a nie kamizelki :-)

Nu är sjukdomslärakursen klar. Under en 10 veckors period hade vi sammanlagt 9 tentor; den sista var i fredags. Med andra ord var det 10 veckor av rent vrålplugg och stress. I sådana omständigheter får jag ett typiskt tunnelseende - jag kan inte koncentrera mig på något annat än att bara plugga. Tröjan påbörjade jag alltså i slutet av augusti men den blev klar först nu; efter jag har stickat, repat upp och lagt undan den (tungt svärande :-) sammanlagt kanske 4 gånger - Johan skrattar att jag repar upp mer än jag stickar. Japp, det stämmer tyvärr!


***


Jak zwykle wykańczanie zajęło mi mnóstwo czasu. Kołnierz jest przyszyty po prawej stronie, ale ponieważ oficjalna wersja jest rozchełstana, więc lewa strona będzie bardzo widoczna. A publiczne pokazywanie szwów nie godzi się :-) Na wyżej zamieszczonym obrazku (porażającym fotoszopowym profesjonalizmem) widać, jak nabrałam oczka i podciągnęłam parę rządków ściągacza po lewej stronie (1), po to, żeby go (2) zgraftingować (jakie piękne prawie polskie słowo wymyśliłam, ha!), po to żeby w powstały tunelik wepchnąć ślady zbrodni (3), czyli szwy i nitki. To samo zrobiłam w pliskach rozcięcia dekoltu.

Som vanligt tog de där små detaljerna mest tid att göra klart. Kragen sydde jag ihop med tröjan på rätt sida, men eftersom den ska läggas ut så där lite nonchalant ;-) så skulle den fula sömmen vara helt synlig. För att den skulle försvinna fångade jag upp samma antal maskor som kragen består av från tröjans kant . Då stickade jag upp några varv resår (1). Sen använde jag grafting för att fixa en osynlig genomgång (2) och på detta sätt dölja sömmen och lösa trådar i den lilla tunneln (3).



A tu całość. Projekt własny (oj, aż za bardzo własny...). Ramiona i kołnierz modelowane rzędami skróconymi. Wełna Dropsa, Alaska, moim zdaniem naprawdę dobrej jakości. Na ten przykład: producenci włóczek łącząc dwa kawałki włóczki w motku wykonują zazwyczaj mniej lub bardziej dyskretny supełek. A tutaj połączenie było fachowe, czyli na zakładkę i porządnie skręcone. Małe zgrubienie i w ten sposób prawie ani śladu łączenia. Druga cecha wyszła w praniu - tej wełny nie wystarczy włożyć do wody; ona ma w sobie tyle powietrza, że trzeba ją utopić. Czyli powinna być ciepła. Czy gryzie? Nie wiem, bo ja z tych gruboskórnych i w dodatku lubię, jak mnie podgryza :-)
Ja, och tröjan i all sin prakt. Projektet är mitt eget (därför tog det så otroligt lång tid... glurrrrk!). Den del vid nacken, där fram- och bakstyckena ska sys ihop formade jag med hjälp av förkortade varv; denna teknik fungerar utmärkt just på sådana ställen. Jag har stickat av Drops Alaska; jag har aldrig stickat något av garnet så jag får se hur den reagerar på slitage och tvätt. Än så länge är jag nöjd med det – det verkar både vara varmt och har tålt att jag repat upp det så många gånger.

***
Edi - jak ja ten obrus skończę, to będę nim machać na prawo i lewo :-))) Na razie niestety odłożony - nie jestem w stanie tego szyć przy tak paskudnym świetle, a właściwie przy braku światła.

Iza - Witam :-) Białe na cieście marchwiowym to ser (w oryginale Filadelfia), roztopione masło, cukier, sok i skórka z cytryny. Ciasto jest bardziej wilgotne w ten sposób, a kwaskowość polewy fajnie przełamuje smak.

2008-11-02

b)


Podpunkt a tutaj :-)
Podpunkt b obejmował szlaczek. Zaczęłam szukać szlaczka, a właściwie wzoru do szlaczka, no i okazało się, że ogólnie mówiąc szlaczek trafił szlag.


Wzór został, a i owszem, zeskanowany z oryginału i zapisany na dysku. Tylko pytanie GDZIE został zapisany... A oryginał w Polsce, czyli w Verenie, czyli w domu, a w domu remont... Moja ekstremalnie tolerancyjna na moje pomysły mama popatrzyła w schemat i próbowała mi wyjaśnić co i jak przez telefon. Taaaaaaak..... Dopiero jak rozrysowałam i ponumerowałam filetowe schodki, po czym rysunek wysłalam, to udało nam się wspólnie rozwiązać szlaczkowe zawiłości.

Tu koronka po namoczeniu, upraniu, wyciśnięciu w ręczniku, wymaglowaniu, rozłożeniu na karimacie, wyekierkowaniu kątów prostych, wymierzeniu kantów, wysuszeniu i wyprasowaniu. Teraz to TYLKO przyszyć do materiału (bo chyba zszywki odpadają, prawda? :-))).
Nu är min lilla spets klar! Det blev lite strul med mönstret - jag har slarvat bort det. Tack och lov kunde min mamma hjälpa mig med det... Nu återstår det "endast" att sy ihop spetsen med det fina och tunna linnetyg som jag köpte i somras. Japp, det kommer att ta ett tag :-)

***
Edi - dzisiaj była zupa rybna z łupacza; z czerwoną pastą curry, kolendrą i mlekiem kokosowym; wpadnij wieczorem to się jeszcze załapiesz :-)
Myszoptica - sok też podobno można mrozić i powstaje coś kryształkowego i łatwego do łupania porcji, którymi to porcjami- znowu podobno - można dekorować desery. Piszę podobno, bo nie sprawdzałam nigdy sama, moja zamrażarka wypchana grzybami i o znalezieniu miejsca dla kilku litrów soku nawet nie ma co marzyć... Także mrożenie kwiatów jednak praktyczniejsze.

2008-11-01

Grigorij Sokołow

Rosyjski pianista, który wygrał ogromnie prestiżowy Konkurs Czajkowskiego w roku 1966. Miał wtedy 16 lat. Po czym władze na wszelki wypadek tak bardzo doceniły jego talent, że na Zgniłym Zachodzie mógł zacząć koncertować dopiero w latach 80-tych.
Program był bardzo klasyczny, dosłownie i w przenośni. Były 2 sonaty Mozarta (KV. 280, 332) i 2 Beethovena (nr 2 A-dur i nr 13 Es-dur). Ujmę to tak: żeby zdecydować się na taki repertuar (coś, co zainteresowani znają na wylot do każdej nutki i czego nagrań na rynku mówiąc oględnie jest dużo), zapełnić ogromną salę koncertową, i do tego sprawić, że ludzie słuchają jak skamieniali, to trzeba być pianistą klasy absulutnie nieprzeciętnej. I Sokołow takim pianistą jest. Mozart był wycyzelowany do najmniejszego ozdobnika. To było studium złudnej prostoty ujarzmionej bezbłędną precyzją techniczną i muzyczną. Beethoven mnie zachwycił niesamowitą skalą barw i zmiennością emocji.
Po sonatach nadszedł czas na bisy. Zawsze jest jakiś styl, w której dany muzyk jest lepszy lub... trochę mniej lepszy. Ale nie w tym przypadku. Nie dość, że bisów było SZEŚĆ, to jeszcze ze skrajnie różnych epok: od Scarlattiego, przez Bacha, przecudny nokturn Chopina (przy którym się całkiem rozkleiłam; starzeję się, skoro Chopin mi się zaczyna podobać :-))), po fascynujące swoją abstrakcją bohomazy Debussy'ego. I wszystko zagrane z nieprawdopodobną czystością stylu. To był jeden z tych koncertów, na których się modliłam, żeby się jeszcze nie kończył...
Tutaj jakiś fan się nieźle napracował. Moje ukochane jutjubowe nagranie Sokołowa zdjęli jakiś tydzień temu (buuuu.....), więc niżej wklejam kawałek Beethovena :-)